Napisano 10 października 2011 - 11:56
Poszłam do niej, bez zości itd. poszłam pogadać, bo to nasza wspólna znajoma, jej facet, to stary kumpel mojgo faceta. Wytłumaczyłam, że być może reaguję za mocno, ale.. i tu jej wjaśniłam, jak to boli. Spytałam jej, czy sama by tak nie zareagowała.. ona na to, że tak, ale że nie zdawała sobie sprawy, że tak to między nami wygląda. Powidziała, że gdyby coś międz nimi zaszło ponad przyjaźń, to pewno by mi powiedziała, bo niby czemu by miała kłamać? Wtedy byłby jej. To jest chore, bo my się nawe w jakiś sposób lubimy... laska po przejściach, ciągle poblemy, stresy, przebyta bulimia. Powiedziała,że nie zrobiłaby mi świństwa. Patrzła mi w oczy. Gadałyśmy o wszystkim. SPytałam, co doniego czuje. Ona na to, że traktuje go jak przyjaciela, że strasznie jej pomógł, że gdyby nie on, to by się załamała, że włąśni dlatego stał się ej bliski jako człowiek, dlatego powiedziała, że pokochała go jako przyjaciela. Nic poza tym. Mówi, że kocha wojego faceta, choćją potrafi totalnie wkurzć i dobić. I powiedziała mi jeszcze, żebym się zastanowiła, czy to właśnie nie te kłamstweka drobne, powstające wokół jej tematu, nie sprawiają, że czuję się tak niepewna. Czy rzeczywiście on nie jest zmęczony tmi 3 tygodniami ciągłego napięcia, bólu, kłótni, moich ostrych reakcji, smtutku. Skoro on widzi, że reaguję niepewnością i podejrzeniami na ich przyjaźń, to maskuje pewne fakty, bo się boi tych reakcji. I rzeczywiście - spytałam go o to. Powiedział, że on już nie wie, jak dowodnić, że nie zrobił poza tymi sms-ami nic złego, że nie ma pomysłu już, że poczuł się zaszczuty i bezsilny, żebym mu dała czasna ochłonięcie, na poukładanie sobie tego i już nie drążyła, bo nie ma czego.
Spytałam go wprost, czy coś do niej czuje, a jak tak, to co. Powiedział, że bardzo ją lubi, że zaangażował się w ich życie, jej życie, bo siłą rzeczy w tym uczestniczył, mieszkając am, żyjąc tym. Powiedział, że mnie kocha to ze mną chce być, tylko sięobawia, że już nie wytrzyma kolejnej takiej "jazdy", awantury. Że to strasznie na niego wpływa, boli, że trudno zapomnieć o wykrzyczanych wtedy słowach. Prosł, bym spróbowała wyluzować, bym pzestała ciągle wracać do swoich poejrzeń i męczyć i siebie i jego.
Przepraszał mnie nie raz, ze łzami w oczach zatrzymywał, błagał. Powiedział mi, że to nie działało, że i tak chodziłam zaąmana, nieufna, odpychałam go i dlatego chyba teraz on obie taą tarczę ochronną wyrobił, żeby kolejn kopniak nie zabolał. Obiecałam więc że wyluzuję, a on nie będzie ściemniał i dawał mi powodów do bólu i złości.
Nie przyłapałam go ostatnio na kolenych smsach, ale być może je kasuje. Telefon zostawia przy mnie, jak wychodzi do wc, czy coś. Wdziałam jednak, że do niej dzwoni a ona do niego. Nie wiem, po co. Może spytać, co słychać. Mamy wspólne sprawy, wspólnych znajomych, jej brat, to dobry kumpel mojego narzeczoneo.
Zobaczę, co dalej. nie mam siły i ochoty go usprawiedliwiać, ani też doszukiwać się wszędzie podstępu. Wyluzuję, zobaczę, będę czujna. Bo obawiam się, że inaczej nie mogę.
Poprosiłam go, by mi powiedział,jeśli nie chce ze mną być tak serio, jeśli coś do niej czuje, że po co ma siebie i mnie oszukiwać, zacznać poważne życie z kimś, kto dla nieggo nie znaczy wiele. A on na to, że właśnie ze mną chce być, ale nie ma siły się szapać, bym przestała dociekać, dopowiadać sobie, dręczyć się.
Owszem, jest chłodny, zdystansowany, prosi o czas na emocjoalne pozbieranie się po ekstremalnie trudnych przeżyciach. Kiedy go o coś w tym temacie pytam, nie zprzecza, odpowiada. Np. czemu jak patrzysz na mnie, to w oczach nie ma ciepła? On: nie wiem. Ja: kiedyś byś zaprzeczył, że wcale nie, kotku... on: ale ja mogę zaprzeczać, a ty i tak sobie wszystko interpretujesz po swojemu. Nie mam siły już się tłumaczyć, wyluzuj, proszę.
Całuje mnie, kochaliśmy się nawet. Jest dystans, ale szczerze... on zawsze był taką ciut ostrewą, trudny w obejściu. teraz, tak sobie myślę, może serio potrzebuj normalności? mojeo uśmiechu, zamiast obwisłej podkowy, rozmawiania o piedołach, a nie o problemach, odmóżdżenia się przy filmie, a nie ciągłego magloania tematu?
Mamy problemy finansowe, lokalowe, dużo stresów, trochę długów, dużo nowego. Dodatkowo - moja mama zasugerowała mi,że być może on ciężko sobie radzi z odpowiedzialnością, może przytłacza go to, że dla niego rzuciłam całe swoje dotychczasowe życie i dołączyłam do niego w obcym kraju. On też mi to powiedział, że zabolało go, jak w kłótni mu tym rzuciłam wtwarz, że ciężko mu, kiedy idzi, jak trudno mi się zaklimatyzoać tutaj. Mówi, że powinnam skoncentrować się na sobie i na tym, by jak najlepiej wykorzystać fakt, że tutaj jestem, rozwinąć się. Myślę, że wtedy trocę poczucia winy i ciężaru bym mu zdjęła z ramion, byłabym ardziej samodzielna. I robię wszstko w tym kierunku, znalazłam pracę itd.
Kolejna rzecz... istniało prawdopodobieństwo, że jestem w ciąży Ja się przeraziłam, a on mnie pyta: ale dlaczego niby miałbym się nie cieszyć? Bardzo bym się ucieszył.
Biorąc to wszystko do kupy - nie wiem, co myśleć. Wiem, że go kocham i nie chcę go stracić. Wiem, że gdyby chciał, by mnie tutaj nie było, to by mi o tym powiedział. Po co mówi, że mnie kocha, że chce ze mną być, że nie ma innej kobiety, którą by kochał bardziej itd.? Nie wiem. Ale nie wydaje mi się, by po to, bym go zosawiła. Może serio potrzebujemy czasu i więcej normalności, a mniej jazd i problemów?