Napisano 23 maja 2010 - 08:15
Dziewczyny... proszę o radę, bo nie wiem już sama, co zrobić, co będzie dla nas wszystkich najlepsze...
Wiem wiem, zaraz powiecie, że jestem za młoda tralala, ale po kolei.
Od zawsze mówiłam sobie, że nie chcę w przyszłości z mężem mieszkać z rodzicami. Jednak im bliżej do tego, tym bardziej się obawiam, jak to wyjdzie w praktyce. Otóż rodzice cokolwiek w domu nie robią, remonty etc, wiecznie jest: my robimy po swojemu, jak Ty tu będziesz rządzić to zrobisz jak zechcesz, albo przecież my to robimy dla Ciebie... halo, ale czy ja mam tu coś do powiedzenia? Już za mnie zdecydowali, że mam mieszkać tutaj, chociaż ja wcale tego nie chcę... owszem, może że tak powiem na stare lata będę chciała spokoju i nie m a problemu, ale teraz? W mojej okolicy nie ma możliwości jako takiego rozwoju i dobrej pracy, chcę się stąd wyrwać, ale dla nich najlepiej, jakbym poszła na polibudę w Czwie, bo to blisko...
Druga sprawa: dzisiaj oznajmiłam im, że jadę na wakacje z dziewczynami z klasy (oczywiście każdej z nich rodzice nie mieli z tym problemu). Jakże było by inaczej, mama zaczęła się drzeć, że się utopię, że nie będzie mogła spać, a tak w ogóle to i tak nam wyjazd nie wypali. Pierwszy raz się przeciwstawiłam i nie patrzyłam na to, co oni myślą i powiedziałam, że ja chcę jechać i dlaczego wiecznie są na nie... wiecie, co mi odpowiedzieli? my nigdzie nie jeździliśmy i było dobrze i Ty też nie będziesz się włóczyć... czyli co, oni w życiu nigdy nigdzie nie byli to znaczy, że ja mam żyć jak oni> niczego w życiu nie doświadczyć, siedzieć na dupie i nie mieć z życia nic? Ja wszystko rozumiem, że się martwią, że chcą dobrze, ale życia za mnie nie przeżyją...
Jeszcze jedna sprawa... Tomek w te wakacje chce mnie prosić o rękę... i gdzieś w październiku znaleźć tu pracę i się wprowadzić... już nawet wiem, jaka będzie ich reakcja... że jestem gówniara, że mieszkanie po ślubie... my chcieliśmy przed ślubem zobaczyć, jak to jest mieszkać nie na odległość, bo nie sztuka wziąć ślub a później rozwód... ale oni tego nie rozumieją... ja to wiem, bo słyszałam rozmowę mamy z jej koleżanką, której syn się zaręczył... mam jej podejście jak na tacy...
Ja pisząc to po prostu płaczę. Nie wiem, co mam robić. Z jednej strony nie chcę żyć tak jak oni... chcę w życiu coś osiągnąć, mieć coś z niego, nie żałować. Z drugiej strony - oni są uparci, i wiem, że jak postawię na swoim, to kontakt z nimi będzie bardzo ograniczony. Nie chcę się z nimi kłócić, bo ich kocham. Do tej pory (i to był chyba mój błąd) starałam się, aby nie mieli ze mną problemów, tak jak z siostrą... o co prosili, tak robiłam, nie chciałam robić przykrości, bo nie raz widziałam, jak moja mama przez moją siostrę płacze... błagam, doradźcie mi coś, bo po prostu zwariuję... proszę o pomoc...