Zaczęło się kilka dni temu, od tego, że (do tej pory nie wiem jak mi się to udało), obudziłam się w czasie dnia, kiedy drzemałam, na brzuchu, z jego bólem... Złapałam schizę oczywiście czy aby dziecka nie przydusiłam, czy dotlenione było... Masakra jakaś. Kolejnego dnia rano mi przeszło (choć cały czas gdzieś siedzi obawa), aczkolwiek, delikatne bóle- takie jak zdarzały mi się wcześniej, rada lekarki "nospa i leżeć"- pozostały. Więc łykałam, leżałam i się oszczędzałam.
Wczoraj mój P. miał dzień wolny, a ja czułam się troszkę lepiej. W planach było jeżdżenie z koleżanką i z nim po sklepach nurkowych, więc myślę- po co będę siedzieć w domu? Pojechaliśmy we 3. W międzyczasie zadzwonili, ze wózek jest do odebrania- mieliśmy po niego jechać w sobotę, ale P. stwierdził, że on nie chce czekać, chce go złożyć, popróbować, że on już do pokoiku go chce wstawić. Pojechaliśmy jeszcze więc po wózek.
Wózek zapakowany do bagażnika, humory dopisują i nagle... ŁUP. Wycofując samochód P. się z nami zagadał, wózek zasłaniał widok i uderzyliśmy w słup... Ewidentnie wina mojego P. ale...
Jest mi go tak strasznie, straszliwie żal... Ma ostatnio potwornego pecha, owszem częściowo przez swoją nieuwagę, ale tyle jest różnych ewenementów, którzy nigdy, nigdzie nie uważają, wszystko i wszystkich mają w głębokim poważaniu, a życie usłane różami....
Pomijając fakt, ze zderzak i cała tylna klapa są do wymiany, dostałam skurczy.... W nocy przeszły, teraz jest lepiej, łyknęłam nospę i dalej się kładę. Jest mi źle, psychicznie, fizycznie....
No i dochodzi jeszcze kwestia teścia, który za każdym razem ma nad P. używanie. Już raz mógłby się zamknąć, odpuścić, ale nie.
Dobra wyrzuciłam to z siebie



















