Witam,
Mam problem z moim chłopakiem. Z reguły o moich problemach rozmawiam tylko z najbliższymi przyjaciółmi, ale pomyślałam, że może warto, żeby ktoś spojrzał na to z boku, nie znając nas osobiście…
Jesteśmy razem 3 lata. Tak wiem, czas kryzysu. I nas właśnie kryzys dopadł. Zaczęło się kilka miesięcy temu. Coś zaczęło się psuć. Usłyszałam od niego, że zrobiło się między nami nudno i że on niczego już nie jest pewien. Chciał nawet, żebyśmy może od siebie odpoczęli, ale powiedziałam, że nie uznaję rozstań tak na chwilę. Porozmawialiśmy więc jeszcze bardzo szczerze i staraliśmy się, aby wszystko wróciło do normy. Wychodziliśmy więcej z domu, żeby nie siedzieć cały czas przed tv, spędzaliśmy czas aktywnie, ogólnie wszystko jakoś szło, bardzo powoli, ale ku lepszemu.
I wtedy przyszły wakacje. On musiał wyjechać do pracy, niedaleko w sumie, więc czasem się widujemy. I oczywiście do siebie dzwonimy. Ale przyjeżdżam do niego, a on siedzi taki osowiały i bez entuzjazmu, jakby w ogóle nie był zadowolony, że przyjechałam. Mówi, że jest zmęczony, ale ile czasu można być zmęczonym. Już nawet jakby nie zwracał uwagi na to, że ubieram dla niego najładniejsze sukienki (rozumiecie, o co chodzi

).
Rozmowy telefoniczne wyglądają podobnie jak spotkania. Czasem mam wrażenie, że jemu się po prostu nie chce ze mną rozmawiać i ma mnie już dość. Bardzo mnie to boli. Z drugiej strony jednak, to nie tylko ja wychodzę z inicjatywą, on też dzwoni i proponuje te spotkania, więc chyba chce mnie jeszcze widywać. Wiem, że mogą być podejrzenia, że może kogoś poznał, ale mimo tego, jak bardzo obojętny dla mnie jest, to mam pewność, że nikogo w jego życiu nie ma, w miejscu pracy też nie ma żadnego zagrożenia

Tak się zastanawiam, czy on mnie jeszcze kocha, ta jego obojętność mnie bardzo boli i martwi. I martwi mnie to, że było już w miarę dobrze i znowu się popsuło. A może się po prostu przejmuję na wyrost…