I ja się z tym zgadzam w jakimś sensie. I ja mam takie dwa poglądy na ten temat. Jak być powinno i jak ja bym chciała aby było i jak dla mnie dzisiaj jest.
1. Jak bym chciała.
W momencie gdy jest się z kimś to musi się wierzyć, że to będzie na całe życie, bo inaczej nie ma sensu w byciu razem. Chciałabym wierzyć, że ten człowiek jest tym, z którym spędzę resztę życia. I spędzę ją dobrze. Nie w sensie, że będę się męczyła (ale ze strachu przed samotnością czy po prostu dlatego że przysięgałam), tylko naprawdę będę w każdym momencie życia tego chciała (chociaż nie mówię tutaj o bajce, bez upadków).
Ale wiara jest tylko i aż wiarą. To jest coś, czego nie da się sprawdzić.
A czy wierzę, że po 50 latach można się kochać? Pewnie w jakimś procencie tak, ale myślę, że w większości jest to przyjaźń, przyzwyczajenie. Ale czy to jest złe? Nie , uważam, że to i tak jest piękne.
Ale zgadzam się z jej wypowiedzią co do tego ślubowania. Dla mnie jest to też w jakimś sensie upiorne. Bo patrząc na to jak ludzie przysięgają sobie wszystko (przed Bogiem/sobą/rodziną itp.) i jak się "kochają", a potem jak szybko się rozwodzą i nienawidzą jest to tak dziwne, że chyba dlatego sama wolałabym nie mieć ślubu.
2. Jak jest.
Uważam, że w dzisiejszych czasach mamy zaburzone poczucie miłości. Kochamy od pierwszego dnia, mamy różowe okulary, nie przyjmujemy krytyki i chcemy aby tak było zawsze. A podczas pierwszego problemu nie umiemy sobie poradzić i uciekamy. Chcemy bajki, która nie istnieje.
Dlatego coraz częściej myślę, że ludzie nie są dzisiaj z miłości ze sobą, ale z wygody. Z obawy że nikt inny się nie trafi, że już inni mają więc i ja muszę, że będzie łatwiej finansowo, że nie chcę być sama. I często wiążemy się kimś kogo tak naprawdę nie kochamy, ale nie jest taki zły więc ok. I to mnie przeraża.