No to pora na moją opowieść
W piątek około 12 położono mnie pod KTG, które kontrolnie wykonuje się w dniu terminu porodu. No i nagle okazało się, że tętno malutkiej jest jakieś nierówne, więc postanowiono przyjąć mnie do szpitala na wszelki wypadek. Byliśmy przerażeni. Ale już chwilę potem, kiedy zaprowadzono mnie na salę przedporodową i podłączono na dłuższy czas pod KTG uspokoiliśmy się- okazało się, że z tętnem wszystko w porządku natomiast... Piszą się skurcze! I to dość silne... A ja NIC nie czułam

Podano mi nospę rozkurczowo, skurcze ustały, więc lekarze stwierdzili, że odsyłają mnie na patologię ciąży. Przeleżałam tam piątek i sobotę, natomiast w niedzielę, postanowiono podłączyć mnie pod oksytocynę tak delikatnie, testowo, że może coś się zacznie dziać. Ja cała szczęśliwa mocccno zaciskałam kciuki, tymczasem nastąpiła powtórka z rozrywki- nawet w pewnym momencie, nastąpiła konsternacja, słyszałam jak położna do lekarki mówi "ale takie skurcze to już przecież bolą"

Okazało się tylko, że mam rozwarcie na 3 cm i ponieważ Zosia jest oporna to wracam na patologię i czekamy na rozwój wypadków... Się trochę podłamałam biorąc pod uwagę, że moje dziecko mogło chcieć jeszcze siedzieć i siedzieć w tym umoszczonym w brzuchu gniazdku. Ale lekarzy coś tknęło i zawołali mnie jeszcze na USG. Okazało się, ze mała ma mało wód płodowych i nie ma na co czekać, od samego rana dnia następnego, wywołujemy poród.
Dnia 23 sierpnia 2010 roku o godz. 8:15 podłączono mnie pod oksytocynę i KTG. Początkowo nic nie czułam, mimo piszących się lekkich skurczy. Kiedy P. o 9 się pojawił skurcze stawały się już coraz mocniejsze, w okolicach 10 postanowiono przebić pęcherz płodowy, wody odeszły i wtedy naprawdę się zaczęło. Ale stwierdzono, że znieczulenie może poród przyspieszyć, więc jeśli sobie życzę...

Oczywiście, ze sobie życzyłam, do momentu, aż przyszła pani anestezjolog i zaczęła mi opowiadać o efektach ubocznych... Byliśmy przerażeni, ja naprawdę nie wiedziałam co robić... Aż tu nagle wpada położna i mi mówi, żebym się nie wygłupiała, ze lekarze to zawsze najpierw patologią straszą a żebym jej wierzyła, że ja jeszcze naprawdę mocnych skurczy nie czułam. Zaryzykowałam. Efekt był w sumie natychmiastowy... Tzn. nie tylko przestało boleć, ale.... Pierwsza dawka znieczulenia została podana 12:15, przed jej podaniem rozwarcie 4 cm, chwilę po podaniu 5 cm. W okolicach 13 kazałam P. wołać położną bo nie boli ale jakiś dziwny ucisk czuję- ta mnie bada i mówi, ze mam 8 cm rozwarcia

Wytrzymałam jeszcze 3 takie skurcze parte i pokazała mi jak należy przeć, P. wystartował z podawaniem mi tlenu

Potem nas na chwilę zostawiła, zanim się zorientowałam pojawiły się jeszcze 2 pielęgniarki, 3 lekarzy, zamknęli okno....
Zosia urodziła się o godz. 13:45. Ważyła 3140 g i miała 53 cm długości, dostała 10 pkt
A potem trafiłam na oddział położniczy (poporodowy), ale to już całkiem inna historia...
Urodziłam po ludzku, w godnych warunkach, wspierana przez męża i personel, nie tylko życzliwy, ale również kompetentny, czułam się bezpiecznie w ich rękach. Być może jestem szczęściarą, a być może to po prostu moje podejście, jak powiedziała mi pani doktor, że zależy mi żeby urodzić, zobaczyć Zosieńkę wpłynęło na to wszystko. Leżąc 2 razy na sali przedporodowej, a potem już na porodówce, słyszałam krzyki, płacze, mimo, iż nad kobietami była sprawowana taka sama opieka jak nade mną. Mam bardzo niski próg bólu i bolało do momentu znieczulenia bardzo, ale... Wszystkie porody, które "słyszałam", kończyły się nagle, przerywane donośnym płaczem nowo narodzonej istoty i czasem śmiechem, czasem płaczem szczęścia matki (swoją drogą powinni te sale jakoś wyciszyć

). Co do mojego porodu, myślałam, że to bajka, że się o tym bólu tak szybko zapomina... Gdyby nie szyte krocze, już bym nie pamiętała. Zapomniałam już w szpitalu. Pamiętam, ze jakiś ból był, ale dużo bardziej w pamięci zostało mi, jak siedziałam na piłce w otwartym oknie, przytulona do P. i pomiędzy skurczami (a czasem w trakcie) rozmawialiśmy na temat widoku za oknem, wielkiego drzewa i ptaków, które na nim siadały tak blisko nas i świergoliły. Pamiętam wyprawy P. do KTG, żeby popatrzeć na rytm serduszka malej. Pamiętam dylemat, łzy, czy decydować się na znieczulenie, czy nie zaszkodzę. W końcu pamiętam tą niesamowitą ulgę, kiedy mała darła się wniebogłosy na moim brzuchu, a P. blady podziękował za możliwość przecięcia pępowiny.
Życzę Wszystkim takiego porodu