Jak mam sobie z tym poradzić?
#181
Napisano 21 lipca 2009 - 22:05
#182
Napisano 09 listopada 2009 - 02:31
Miałam 18 lat kiedy poznałam swojego pierwszego, poważnego chłopaka... (jedynak, mieszkający z rodzicami i dziadkami)....i jak to w pierwszym związku- cud, miód...przynajmniej przez pierwszy rok. Potem- coraz częściej nic sie mu nie chciało... psuł specjalnie każdą okazję- walentynki, dzień kobiet, moje urodziny, Sylwester, święta... mieliśmy taką tradycje, że spędzaliśmy razem (najczęściej u niego) sobotnie wieczory... drinki, wolne piosenki (albo takie, które kazdemu z nas kojarzyły się z czymś fajnym..)świeczki... to on wprowadził mnie w świat sexu... powoli i w fajny sposób... jednak szybko się okazało, że nie warto było (dziś widzę to z perspektywy upływu czasu) kiedy przeszliśmy już do "klasycznego sexu"- z czasem (krotkim czasem) wszystko się zmieniło... we mnie- wulkan namiętności- a w nim?... hmm... jak to nazwać, kiedy facet tylko wykonuje "męskie ruchy" i tyle... bez żadnej namietności...mechanicznie... każdy sex był taki... potem nie było już świeczek (bo mówił, że zbyt duże ciepło od nich idzie), potem muzyki, tzn, sama ją ustawiałam po kłotni (bo zwykle on ustawial z lenistwa jedną piosenkę i leciała w kółko aż do znudzenia, co mnie strasznie irytuje... mówił, że nie lubi ustawiać listy w winampie i tyle)...pamiętam upokorzenie: kiedy stałam w sexownej bieliznie, z szampanem w ręku...w koło romantyczna atmosfera... wszystko w tajemnicy przed nim... on wchodzi do pokoju widzi mnie...klepie po ramieniu i mówi "no, fajnie, ale ide spać bo głowa mnie boli"...i sie położył a ja stałam w szoku...z "upokorzoną kobiecością"... Zrywaliśmy chyba ze 100 razy... za każdym razem On przyjeżdżał z kwiatami, mowił, że wszystko się zmieni- (co za ściema..)i dawalam się przekonać... potem nie wytrzymałam... powiedziałam, że albo się zmieni i znajdzie w koncu pracę i się ze mną ożeni, albo koniec z nami. I były oświadczyny...i 3 lata narzeczeństwa... kłamstwa... Potem bylam już tak bardzo uzależniona od niego, że bylam w stanie zrobić wszystko, za choćby odrobinę czułości...jeden jego gest... Jaki był koniec?pewnego dnia po prostu przestał mnie kochać... okłamał mnie w tak hamski sposób w moim domu, przy moich rodzicach...
byłam załamana... w ciągu 2 dni podjęłam decyzje o ucieczce od świata, ktory znalam... wyjechalam do poznania... ale wspomnienia mnie doganialy... kiedy ja bylam w depresji i przez 3 tyg. nie wychodziłam z wynajmowanego pokoju, straciłam pracę itd- on "obrabiał" już inne panienki... Byłam jego pierwszą kobietą...(miał wtedy 26lat ja 20l)za "moich czasów" był aseksualny...a teraz?... jaki to typ czlowieka: mieszka z rodzicami, teraz ma 30l, przepracował 6mies. w całym swoim życiu, mama mu gotuje a pieniądze daje babcia... ma 2 auta i wlasną chatę...żalosne....
w 2008r w lipcu poznałam K... przez net oczywiście... mialam dość depresji... ale nie byłam w stanie nigdzie wyjść... K. opowiedział mi swoją historię..o swojej chorobie i czymś, przez co 98% żeńskiej populacji skresla go jako faceta... (tak mówił) umówiliśmy się.... i choć raz w życiu, na naszej pierwszej randce- poczułam się wyjątkowo.... jakbym nie była sobą, a kims szczegolnym... byliśmy na piwie, potem na filmie, ktorego nie pamiętam, bo calowaliśmy się cały film... 2 razy był u mnie na noc...powiedział mi że mnie kocha...ja mu też...do niczego nie doszło... jakiś czas potem zaprosił mnie do siebie, bo jego przyjaciel organizował małą imprezkę... po niej mieliśmy szczerą rozmowę... plakaliśmy oboje, bo nie chcieliśmy siebie stracić...i nastąpiło coś, za co zawsze będę mu wdzięczna- powiedział, że czuje się jak ostatni sku**iel i przeprasza mnie za to, że powiedział że mnie kocha...i że on nie moze tego powiedzieć, bo nie chce, żeby się to kiedyś skonczyło... nie chce tego powiedzieć, póki nie będzie pewien... i chce, żebyśmy zostali przyjaciółmi... wtedy namówilam go, żeby jednak spróbować... że ja swojego wyznania milości cofnąć nie mogę i nie chcę... więc, jeśli możemy sprawić, że będzie nam ze sobą dobrze- to powinniśmy te chwile wykorzystać.... powinniśmy przeżyć wspólny czas najpiękniej jak tylko potrafimy... i spróbowaliśmy... wiem, jak czuły potrafi być... jaki cudowny... jego osobowość to skarb... potrafi przyciągnąć do siebie ludzi i wystarczy jedna minuta rozmowy z nim, by go polubić...ma mnostwo znajomych... dla porownania- ja nie mam żadnych...
w tym związku jednak stało się to, co w poprzednim... tyle, ze nie bylam oklamywana... wszystko było jasne, szczere i tego się trzymalam...szczerość między nami była piękna i zbliżala nas do siebie. Przed każdą szczerą rozmową byliśmy zestresowani, z kolei po niej- byliśmy szczęśliwi, wyluzowani... każda rozmowa byla prowadzona "na lajcie"... nigdy nie chciałam go ograniczać... nasz związek był ukladem... wiedzialam, że kiedyś się skończy, tym bardziej, że kiedyś powiedział mi "no wiesz, z tobą szału nie ma"....pamiętam te slowa do dziś... jak sie rozwinął ten związek? coraz rzadziej przyjeżdżał do mnie (pomimo, że pracuje lżej i mniej niż ja), a ja jeździłam do niego, bo bałam się, że go stracę... nie moglam znieść rozłąki... To on pokazał mi czym tak naprawdę jest namietność.... ale potem nawet to przestało nam wychodzić...pozostał tylko oral, ale to nie to samo... kiedy się widywaliśmy- on traktował mnie tylko jak koleżankę... (prócz sexu oczywiście) przestaliśmy się przytulać... calować.... potem uciekał od tego... a kiedy szeptałam mu do ucha, ze go pragnę- to dla niego było jak kubeł zimnej wody...i nici z sexu... cały czas myślalam o tym, że on potrzebuje kogoś lepszego... mniej pustego, szczuplejszego, z wiekszym biustem.. on nigdy tak nie mówil... ale ja to wiem...nie chcial mnie dotykać, a wiem, że ma takie same "dość spore" potrzeby (jeśli o sex idzie) jak ja....
zmusilam go do kolejnej rozmowy...niebyłam na to przygotowana...ale kiedy przemilczał nasz pierwsza rocznicę bycia razem- nie wytrzymałam... spytałam go- czego chcesz, co cię uszczęśliwi? a on- przecież wiesz, po co o tym mówić... powiedzialam, że wiem, ale chcę to od niego uslyszeć, żeby wszystko bylo jasne.... i stało się... nawet nie mogliśmy mieć ostatniego sexu... (to przez anty które wtedy brałam...krwawiłam 1,5miesiąca non stop!!) był tylko oral...pamiętam jak czekałam na pociąg... on powiedział, ze nie chce tracić kontaktu ze mną...ze chce żebyśmy byli przyjaciółmi... spotykali się na piwku itd... w praniu wyszlo to jednak inaczej... czasem (rzadko) gadamy przez komórkę... i powiedział, że nie może być moim przyjacielem, że to nie jest dla niego latwe i na razie mogę być tylko koleżanką... czuję się jakby wyrwano mi serce....
Kiedy tylko widzialam K.- on był jak gwiazda na horyzoncie, ktora przyćmiewa wszystko inne... i tak jest nadal, od kiedy tylko go znam... powoli staczam się w odchlań zalamania...depresji... szlenstwa... nigdy nie poczuję, jak mnie przytula, całuje... on był moją siłą napędową.... powodem do życia... osobą na którą zawsze mogłam liczyć...
Dlaczego żaden facet nie może mnie pokochać, a kazdy związek konczy się tak samo? K. mowił, że jestem (byłam) jeo drugą dziewczyną... pierwsza nie traktowała go jak faceta... podobno wstydziła się z nim iść ulicą... robiła glupie żarty z jego męskości (nie wiem czemu...przecież wszystko jest ok, nawet lepiej niż ok) i użyla go aby zrobić na zlość swojemu bylemu, do ktorego wrócila... On się starał- ona była zimna.... i on postąpił ze mną tak, jak ona z nim... Bylam jego pierwszą kobietą... z tamtą nigdy nie był blisko, nawet nie widzial jej nago... a i tak zawsze czulam, że ona jest lepsza ode mnie... (mimo, że nigdy jej nie widzialam)
Wszystkie randki przed związkiem z K. były takie same- kiedy facet mnie widzial- widzialam rozczarowanie i zniesmaczenie w jego oczach... mimo że widział moje zdjęcie... co jest ze mną nie tak!!?? nie lubię się kłócić- wole rozmawiac i iść na kompromis... a kiedy kocham- daję z siebie bardzo wiele tej drugiej osobie...aby ratowac związek jestem w stanie zrobić rzeczy szalone , jeśli mogloby to tylko uratować miłosć....
teraz jestem tylko wrakiem bez uczuć... obdarta z kobiecości i uczuć.... tyle we mnie niewygaszonej namiętności, niespełnionych fantazji... i poczucie, że nic z tym nie zrobię... takie osoby jak ja kończą same... o ile dadzą radę wytrzymać ból rozdartego serca...
dałabym wszystko, żeby tylko K. był w stanie mnie pokochac.
(dużo rzeczy ominęłam, bo i tak wyszedł zbyt długi post.... przepraszam, za brak niektórych polskich znakow- problem z klawiaturą)
#183
Napisano 09 listopada 2009 - 10:37
!! na wszystko przyjdzie czas bierz sie wgarsc dziewczyno i nie martw sie bo popadniesz w kompleksy a po co niszczyc sobie mlodosc
#184
Napisano 09 listopada 2009 - 11:58
Mysle ze poznasz jeszcze mnóstwo facetów i znajdziesz tego jdynego. tak jak
a nie ty za nimi uganiac , troche dumyoni maja o ciebie zabiegac,starac sie ,dzwonic,umawiac !!
czemu mi dałeś wiarę w cud
a potem odebrałaś wszystko
#185
Napisano 09 listopada 2009 - 12:06
wiesz ja na początku miałam kilka nieudanych związków i jak się rozpadały to też szukałam winy w sobie....
ale później powiedziałam sobie że nic na siłe nie będę szukać miłości...
no i rzecz jasna ona przyszła sama...
poznałam wspaniałego faceta z którym jestem już 4 rok
także powiem ci tyle na każdego przyjdzie pora...
skup się na sobie a nie na szukaniu miłości a zobaczysz że ona cię sama znajdzie
#186
Napisano 09 listopada 2009 - 14:01
nie szukaj winy w sobie... bo po tym co wyczytałam to nie jesteś złą kobietą... ty po prostu chcesz być kochana... ja ciebie rozumiem... na pewno znajdzie się ten jedyny , porządny życzę ci tego
#187
Napisano 09 listopada 2009 - 22:31
Mam coś takiego że boję się facetów ich obecność mnie paraliżuje.
P.S Kiedyś chciał mnie wujek zgwałcić.
Nigdy nie miałam chłopaka. Boje się że się w nim zakocham. A później będzie bolało.
Co mam zrobić?
#188
Napisano 09 listopada 2009 - 22:39
Ale uciekanie przed facetami nie pomoże,bo możesz się zakochać całkowicie w kimś innym. Ja pierwszego chłopaka miałam pół roku po studniówceNigdy nie miałam chłopaka. Boje się że się w nim zakocham. A później będzie bolało
rodzina o tym wie?...P.S Kiedyś chciał mnie wujek zgwałcić.
#189
Napisano 09 listopada 2009 - 22:43
#190
Napisano 10 listopada 2009 - 09:25
P.S Kiedyś chciał mnie wujek zgwałcić.
bardzo mi przykro
uważam,że powinnaś o tym powiedzieć rodzicom...
#191
Napisano 10 listopada 2009 - 09:44
#192
Napisano 10 listopada 2009 - 09:54
Idź na studniówkę z tym chłopakiem. Pójście na imprezę nie oznacza od razu chodzenia. Jeśli masz blokadę w stosunku do facetów, to tym bardziej sądzę, że prawdopodobieństwo zakochania jest minimalne. Nie przejmuj się, baw się dobrze i tyle
#193
Napisano 10 listopada 2009 - 09:58
#194
Napisano 10 listopada 2009 - 10:14
Ja uważam, że trzeba było ten temat poruszyć wtedy, kiedy to się zdarzyło, a teraz to już taka musztarda po obiedzie. Nic to nie da, narobi się tylko zamieszanie i nikt Ci nie uwierzy. Trzeba było poruszyć temat "na świeżo" po incydencie, a teraz jak już trochę czasu minęło nikt nie potraktuje tego poważnie.
a wiec ma to tlumic w sobie przez cale zycie ?
wydaje mi sie,ze nie... rozmowa z rodzicami duzo pomoze. oczywiscie,ze wujek sie wyprze i nie mozna bedzie liczyc na jakiekolwiek konsekwencje, ale przynajmniej rodzina bedzie wiedziec jakiego ma wujka
#195
Napisano 10 listopada 2009 - 12:06
czemu mi dałeś wiarę w cud
a potem odebrałaś wszystko
#196
Napisano 10 listopada 2009 - 12:31
A co do studniówki...myślę,że ciotka nie powinna na siłę wciskać Ci nikogo. Zastanów się więc czy chcesz aby to właśnie ten chłopak Ci towarzyszył i pamiętaj,że On ma już kogoś. Może zaproś jakiegoś dobrego, zabawnego kolegę ;)z pewnością takich masz
#197
Napisano 10 listopada 2009 - 14:02
#198
Napisano 10 listopada 2009 - 17:12
Czuję, że nigdzie nie pasuję... nawet do swojej własnej rodziny...
#199
Napisano 10 listopada 2009 - 17:31
masz w sobie za dużo pretensji do samej siebie, obarczasz się, oskarżasz, zupełnie nie potrzebnie. Ale ja rozumiem, że nie potrafisz inaczej, bo łatwo jest powiedzieć 'nie martw się, głowa do góry' a trudniej to zrobić.
Ze szczerego serca radzę Ci, żebyś wybrała się na jakąś sesje do psychologa, bo takiej osoby na razie Ci potrzeba. Żeby się to później nie rozwinęło w coś dużo gorszego jak np depresja i żebyś nie musiała się leczyć antydepresantami.. wierz mi znam to z autopsji niestety..
Nie ma się czego wstydzić opinii innych na wieść, że zasięgnęłaś rady lekarza, bo ludzie po prostu nie zdają sobie czasem sprawy, że niektóre 'pogorszenia nastroju' mogą wynikać z tak głębokich ran na psychice, że samemu człowiek nie da sobie z nimi rady.
Trzymaj się
Take your make-up off
Let your hair down
Take a breath
Look into the mirror, at yourself
Don't you like you? Cause I like you!
#200
Napisano 10 listopada 2009 - 18:34
Im bardziej będziesz szukać tym gorzej będzie to wychodzić, także odpuść! Masz swoją wartość, dlatego nie pozwalaj by byle kto ci ją podburzał (przynajmniej w twoich oczach). Nie dawaj się tak łatwo kierować emocjom bo to głupie i donikąd cię nie zaprowadzi.
Podobne tematy
| Temat | Podsumowanie | Ostatni post | |
|---|---|---|---|
Jakie rośłiny do ogrodu w szeregowcu |
|
|
|
Jak dbacie o twarz |
|
|
|
Jak ustalić numer księgi wieczystej po adresie lub numerze działki? |
|
|
|
Siłownia. Jak sie ubrać? |
|
|
|
Konsolidacja wszystkich rat w jedną niższą – jakie banki warto sprawdzić? |
|
|
Użytkownicy przeglądający ten temat: 0
0 użytkowników, 0 gości, 0 anonimowych













