Spanikowałam. Ale nawet najgorszemu wrogowi nie potrafiłabym życzyć tego, co nas spotkało. Ten strach i bezradność, kiedy zostawiasz swoje płaczące, trzęsące się dziecko na onkologii, od lekarza slyszysz, że to może być wszystko i musisz się odwrócić i wyjść... Serce mi pękło na milion kawałków.
Ostatecznie jest dobrze. W szpitalu chyba mnie nienawidzą. Przynajmniej pielęgniarki, bo zrobiłam raban, że nie mają prawa mnie wypraszać. Ustaliłam z doktor prowadzącą, że będę na noc wracała do domu, a w dzień możemy być z mężem razem (bo nikt nie chce wziąć odpowiedzialności za mnie gdybym zaczęła rodzić). Pielęgniarki nic sobie z tych ustaleń nie zrobiły i ciagle próbowały mnie wyrzucić. Ostatecznie trafiłam do dyrektora szpitala, który powitał mnie słowami "to pani jest tą niesubordynowaną matką?"
Wszystko się wyjaśniło i kamień spadł nam z serca.
















