Powiem tak, w razie nagłej śmierci, kogoś z moich bliskich nie miałabym nic przeciwko pobraniu jego organów, żeby uratować komuś zdrowie czy życie. Ale nie podoba mi się podejście- i bez Twojej zgody możemy

Tu nie chodzi o procedury czy prawo, ale zwykły ludzki odruch. Mój bliski po śmierci nadal jest dla mnie bliskim, a nie ciałem, które ktoś może sobie bez pytania otworzyć i zabrać co potrzebne. Chodzi o sam fakt zapytania, a nie znieczulicę- nawet jeśli dla lekarza to taśmociąg, dla kogoś człowiek bliski.
A tu pewien artykuł:
Sąd w Będzinie zbada, czy nie złamano procedur podczas pobierania narządów od Michała Mikosia, który zginął w wypadku samochodowym. Lekarze, choć nie muszą, zwyczajowo pytają o to rodzinę. W tym wypadku tego nie zrobili. Orzeczenie będzie miało wpływ na transplantologię w Polsce.
- Syn wiele razy mówił, że nie chciałby, żeby go po śmierci krojono. Gdyby mnie jednak zapytano o zgodę na pobranie narządów, bo komuś ratowałoby to życie, zgodziłabym się bez wahania. Nikt się jednak nie pofatygował, żeby się z nami w tej sprawie skontaktować - mówi rozżalona Zenona Mikoś, matka Michała.
27-letni mężczyzna zginął 21 listopada 2009 r., a okoliczności jego śmierci nie są do końca jasne. Pewne jest tylko to, że w czasie rodzinnej imprezy pokłócił się z konkubiną, uderzył ją i zaczął krzyczeć na dziecko. Kobieta wezwała więc policję. Mikoś wybiegł z domu i wsiadł do samochodu. Jego konkubina zawiadomiła komendę w Sosnowcu, że Mikoś po pijanemu jeździ po mieście. Podała też numer rejestracyjny wozu. Chwilę potem jadącego mężczyznę namierzył jeden z patroli. Funkcjonariusze ruszyli za nim w pościg.
Mikoś tego nie widział, bo - jak potem zeznali policjanci - wszystko działo się tak szybko, że nie zdążyli włączyć koguta oraz powiadomić dyżurnego. Widzieli za to, jak jego fiat - już w Katowicach - zjechał najpierw na prawe, potem na lewe pobocze i uderzył w drzewo. Mikoś był zakleszczony we wraku. Policjanci zeznali, że nie wyciągali go, bo czekali na przybycie lekarza i strażaków. Przybyły na miejsce lekarz pogotowia nie zlecił wydobycia Mikosia, tylko uznał, że nie żyje. Do karty wpisał, że wygląd szyi wskazuje na to, że doszło do złamania kręgosłupa.
- Sekcja zwłok to wykluczyła, a jako powód śmierci wpisano obrażenia wewnętrzne - mówi Leszek Krupanek, katowicki prawnik reprezentujący interesy Zenony Mikoś.
Na miejscu wypadku pojawiła się konkubina Michała. O jego śmierci dowiedziała się od policjantów, którzy przyjechali na interwencję domową. Kobieta z miejsca tragedii wysłała do brata konkubenta SMS-a, że Michał zginął w wypadku.
Kiedy rodzina zaczęła przygotowania do pochówku, w zakładzie pogrzebowym w Bytomiu z ciała Mikosia wycięto gałki oczne oraz mięsień sercowy. Narządy wykorzystano do zrobienia zastawki oraz preparatów do leczenia oczu. Rodzina o pobraniu dowiedziała się dwa miesiące po pogrzebie. I to zupełnie przypadkowo. - Wyczytałam to w aktach dotyczących wypadku syna. Byłam zszokowana, że nie tylko nikt nas nie pytał o zgodę, ale nawet nam o tym nie powiedział - mówi Zenona Mikoś.
Procedura jest taka, że przed pobraniem narządów lekarze sprawdzają, czy nazwisko ofiary wypadku figuruje w Centralnym Rejestrze Sprzeciwów. Jeśli nie, można pobrać narządy. Nie ma obowiązku pytania o zgodę rodziny. - Zawsze staramy się jednak dotrzeć do bliskich, żeby upewnić się, jaka była wola zmarłego. I jeśli rodzina się sprzeciwi, nie robimy nic na siłę - mówi Jolanta Wszołek, szefowa Banku Tkanek zabrzańskiej Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii.
Jednak w przypadku Mikosia lekarze pobierający od niego narządy mieli problem ze skontaktowaniem się z rodziną. Powód? Policjanci przez kilka godzin twierdzili, że nie wiedzą, jak ofiara wypadku miała na nazwisko (choć dokumenty znajdowały się w kurtce), a kiedy już to ustalili, stwierdzili, że nic nie wiedzą o jego bliskich.
- To absurdalne tłumaczenie, bo przecież to konkubina wezwała ich na interwencję domową, była też na miejscu tragedii i miała namiary na matkę, ojca i brata Michała. Wystarczyło tylko ją zapytać - mówi Krupanek.
Dodatkowo w przypadku pobrania narządów od ofiary wypadku potrzebna jest zgoda prokuratora. I taka została wydana. - Tyle że dwa dni po wypadku. Tymczasem oczy i mięsień sercowy wycięto kilkanaście godzin po śmierci - mówi katowicki prawnik.
Rodzina Mikosia złożyła zawiadomienie o podejrzeniu złamania procedury przez policjantów oraz prokuratora i dopuszczenia do bezprawnego pobrania narządów. Kilka tygodni temu sprawa została jednak umorzona. - Nie doszło do popełnienia przestępstwa - uznała prokurator Katarzyna Paluch z Prokuratury Rejonowej w Będzinie.
Bliscy Mikosia złożyli na to postanowienie zażalenie. W listopadzie sąd oceni, czy śledczy zgromadzili pełny materiał dowodowy i czy poprawnie go zinterpretowali. Szczególnie w kontekście praktyk związanych z pobieraniem narządów. - Ta decyzja będzie miała wpływ na polską transplantologię - ocenia Wszołek.
Marcin Pietraszewski, GW Katowice
Taki błąd nie powinien się zdarzyć - komentuje Judyta Watoła
Narządy pobrane z ciała, w którym serce przestało już bić, nie ratują życie bezpośrednio, ale zdrowie już tak. Cudzą zastawką naprawia się bowiem serce, przeszczepioną rogówką ratuje wzrok. I na to rodzina zmarłego Michała Mikosia na pewno by się zgodziła, gdyby tylko zapytano ją o zgodę.
To prawda, że polskie prawo nie wymaga zgody rodziny na pobranie narządów do przeszczepu. Nie wymaga tego także prawo innych państw, jednak w każdym kraju rozwijającym program transplantacji lekarze pytają bliskich o zgodę. Nazywają to autoryzacją - zmarły mógł przecież kiedyś za życia wyrazić swoją wolę w tej sprawie.
Pytanie o zgodę to dobry obyczaj. Buduje świadomość, że śmierć bliskiej osoby - choć dla nas zawsze bolesna - może innym przynieść dobro, daje też poczucie sensu.
W Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii, która od dwóch dekad prowadzi bank tkanek dla chorych, na pewno to wiedzą. Dlatego nie przekonują mnie argumenty o opieszałości policji. Być może nie postarała się o kontakt z rodziną, choć wcale nie było to trudne. Czy jednak lekarze nie mogli ponaglić ich albo poczekać? Pobranie rogówki czy wycięcie z serca zastawek nie wymaga przecież aż takiego pośpiechu jak przy przeszczepach ukrwionych narządów. Czy nie powinni poczekać przynajmniej do momentu, kiedy prokurator da im zgodę? Przecież tego przepisy już wymagają.
Jeśli ta sprawa zaszkodzi rozwojowi programu przeszczepów, będą temu winni nie policjanci czy przepisy, ale sami zaangażowani w nią lekarze. Oby tak się jednak nie stało.
źródło: http://sosnowiec.gazeta.pl