I wiesz co? Najgorsze w tym wszystkim jest to, że on tego nie robi celowo, z premedytacją, żeby Cię poniżyć. On ma takie chore wyobrażenie o sobie, to siedzi w jego głowie...
Zgodzę się z Tobą w 100%. On nie jest typkiem, który celowo rani, on po prostu nie rozumie, że problem tkwi w nim. On mi powtarzał, że to on czuje się baaardzo krzywdzony, gdy zwracałam mu uwagę o coś, lub czegoś się domagałam, także on naprawdę jest przekonany że to wszystko moja wina, nie zdając sobie sprawy że wynika to z jego skupienia się TYLKO na sobie i brania pod uwagę tylko swoich uczuć i poglądów.
Dobrze trafiam mówiąc, że jest jedynakiem?
Nie, ma brata i siostrę, ale od od 15 roku życia mieszkał sam z rodzicami, bo rodzeństwo wyszło już z domu.
Oczywiście Twoja wina też w tym siedzi. Gdybyś od początku patrzyła na ten związek razem ze swoim kolegą Rozumem, to zapewne nie dopuściłabyś, by trwał on tak długo 
Tak, to prawda, że zgubiłam gdzieś rozum, ale nie w kwestii bycia z nim tak długo, bo do takiej decyzji zawsze się długo dojrzewa, ale chodzi o to że zatraciłam się przy nim, żyłam jego życiem, traktowałam go wyjątkowo, zapominając o tym, że siebie mam cenić wysoko, tak by on to widział, szanować się i nigdy nie poniżać. To był mój błąd.
Mówienie po półtora miesiąca, że się kogoś kocha, to dla mnie lekka przesada. Można być pod czyimś wrażeniem, podobać się, ktoś może być dla nas ważny, ale na miłość to stanowczo za wcześnie. I bardzo możliwe, że on nigdy nie rozumiał i nie zrozumie, czym miłość jest.
Może rzeczywiście nie rozumie co to tak naprawdę znaczy kochać, bo zawsze powtarzał mi, że miłość to akceptacja i to było dla niego najistotniejsze. W każdym razie wtedy naprawdę to czułam, to było wyjątkowe i nawet sam wtedy powiedział, że nie chciał tego tak szybko mówić, żebym czasem nie poddałam w wątpliwość jego słów skoro padły tak szybko, ale nie umiał już się powstrzymać, one same cisnęły mu się na usta.
A powiedz mi, on w jakiś sposób zabiega teraz o Ciebie? Pisze do Ciebie? Utrzymuje kontakt?
Sprawa jest nieco skomplikowana. Otóż ja byłam z nim od 27 grudnia do 1 stycznia na urlopie w Kołobrzegu, to właśnie tam podjęłam decyzję o rozstaniu, bo miarka się przebrała. Cały ten tydzień, podczas którego chciałam abyśmy się do siebie zbliżyli, spędziliśmy osobno. Otóż on się na mnie obraził, bo w drugi dzień pobytu powiedziałam do niego "kochanie, cały czas oglądasz tv". Nawiasem mówiąc facet jest naprawdę uzależniony od telewizora. No i on się oburzył i w efekcie cały tydzień siedział w domy z pilotem w ręku, a ja spacerowałam i spędzałam czas bez niego. Wtedy też postanowiłam definitywnie zakończyć ten związek, bo skoro on mi znowu daje nauczkę za taką pierdołę to ja nie pozwolę siebie dalej tak traktować. Nie chciałam jednak kończyć tego tam tylko jak wrócimy do domu, chciałam to zrobić jednym cięciem, w jeden dzień wszystko oddać, swoje zabrać itd. No i wróciliśmy, ja poszłam do swojego domu, on rzucił tylko zdawkowe "cześć" i poszedł. No i ja teraz od poniedziałku do środy byłam na L4, więc nie mogłam tego zrobić, i planuje jutro w piątek wszystko zakończyć, a on o tym jeszcze nie wie. Nie zna mojej decyzji, a od powrotu nie odezwał się do mnie w ogóle. Pewnie jest przekonany, że ja zwykle przybiegnę błagać żebyśmy się już pogodzili. Jak będzie się zachowywał gdy zaskoczę go swoją decyzją- nie mam pojęcia. Sądzę że uniesie się dumą i nie będzie żadnego kontaktu, ale to może i dobrze. Dzisiaj mi się śniło, że gdy powiedziałam mu że odchodzę to płakał i obiecał że wszytko się zmieni, ciężki sen...
"Nie wystarczy pokochać, trzeba jeszcze umieć wziąć tę miłość w ręce i przenieść ją przez całe życie..."