
Witam po pracy i po popracowym piwie z koleżanką 
Nie wiem, co mi się stało ostatnio, ale jak nigdy, przenigdy nigdzie się nie spóźniałam, tak ostatnio w ciągu tygodnia do pracy spóźniłam się już 2, a prawie 3 razy. Ostatnio, akurat wtedy, kiedy poszłam spać o 6 byłam święcie przekonana, że następnego dnia mam na 16. Jakie było moje zdziwienie, kiedy dokładnie o 12.25 dostałam telefon od kierownika z pytaniem, gdzie ja się podziewam. Jak nigdy nic odpowiedziałam, że jestem w domu i właśnie ogarniam sobie śniadanie, na co on, że przecież od pół godziny powinnam być na miejscu
Naprawdę całe szczęście, że ten człowiek w ostatnich miesiącach zespokojniał i zrobił się bardziej ludzki, bo wiem, że spóźnialstwa nie cierpi, a mnie zdarzyło się to kolejny raz na jego zmianie. A pamiętam, jakim jeszcze jakiś czas temu był furiatem i jak czasem co chwilę podkręcałam muzykę, żeby nie było słychać, jak na kogoś wrzeszczy.
Wczoraj M. pojechał do domu, wraca dopiero we wtorek albo środę, a ja zastanawiam się, czy opłaca mi się pojechać do niego w niedzielę rano i wrócić do Szczecina wieczorem. Z jednej strony fajnie, bo spotkałabym się z jego bratem, którego ostatnio widziałam kilka miesięcy temu, a z drugiej zwyczajnie mi się nie chce i wreszcie chciałabym mieć cały wolny dzień, który mogłabym przeznaczyć na pierdoły 
Aaale, M. wspominał coś o grabieniu liści, a ponieważ ostatnio tak spodobało mi się zbieranie jabłek i inne ogrodowe porządki, to brzmi dla mnie całkiem kusząco
