Poród
#601
Napisano 12 listopada 2016 - 23:50
Nikomu jeszcze o tym nie mówiłam, bo nie umiem. Trochę próbowałam mężowi, ale on uważa, że skoro młoda jest zdrowa i wspaniała to nie ma różnicy w jaki sposób przyszła na świat.
Kiedy odeszły mi wody, jechałam do szpitala nastawiona na wielki ból i ogromną radość. Przez kolejne 27 godzin starałam się jak nigdy w życiu. Nie pamiętam juź tego bólu, bo wtedy podchodziłam do tego bardzo zadaniowo, ale chyba musiało boleć, bo lekarz kilka razy nalegał na znieczulenie. Kiedy w końcu uległam to od razu fentanyl, żadne półśrodki. Starałam się, bardzo się starałam i nie mogłam. Kiedy lekarz zdecydował o cc, łzy kapały mi z oczu ciurkiem. Cięli mnie, w odbiciu lampy widziałam jak wyciągają młodą z brzucha i nawet nie mogłam wyciągnąć po nią rąk. Przyłożyli mi ją na ułamek sekundy do twarzy i zaraz zabrali. Cesarka to fizycznie całkiem spora masakra, ale to psychicznie mnie zniszczyła. Nigdy w życiu tak bardzo się nie starałam, a i tak zawaliłam. Kiedy patrzę na moją còrkę, taką doskonałą, nawet teraz -7 tygodni po, to mam wyrzuty sumienia. I czuję, że przez to, że ja nie dałam rady, odebrałam nam coś bardzo ważnego - te pierwsze minuty swojego życia spędziła beze mnie.
Kiedy przewieźli nas na zwykłą salę, było późno i mąż musiał iść do domu. Moje dziecko spędziło pierwsze godziny leżąc i płacząc na matce, która była sparaliżowana od brzucha w dół i nie mogła podnosić głowy. Głaskałam ją i jej śpiewałam, a ona płakała. Całą noc. Nigdy jeszcze nie czułam się tak bezradna i beznadziejna zarazem.
Podkopało to moją wiarę we wlasne możliwości.
Nie chcę jeszcze raz tak się czuć. Boję się.
-Mamusiu, czy miałaś kiedyś marzenie?
-Miałam, idzie teraz koło mnie i trzyma mnie za rękę! 
#602
Napisano 14 listopada 2016 - 01:00
@Aspirynkaaa zrobilas co mogłaś , próbowałaś chciałaś, nie chciałaś iść na łatwiznę .
wazne ze malutka jest zdrowa i ze lekarz w pore zadecydował o cesarce ,
jaki byl powod cesarki
zle ulozenie, za male rozwarcie czy co ![]()
jestes najlepsza mama na swiecie i to , ze nie rodzilas naturalnie, nie ma na to wplywuPodkopało to moją wiarę we wlasne możliwości.
czemu mi dałeś wiarę w cud
a potem odebrałaś wszystko
#604
Napisano 15 listopada 2016 - 23:19
Dziękuję Dziewczyny, długo się zastanawiałam czy o tym pisać, bo dla mnie to publiczne przyznanie się do porażki. Ale chyba dobrze mi to zrobiło. Jak napisałam to trochę sobie to poukladałam w głowie. Wczoraj też trochę rozmawiałam o tym z moim lekarzem i jego spokój i rzeczowość też mi dużo spraw wyklarowały.
I wiecie co.. jak tak patrzyłam na ekran podczas usg to nawet zamarzyło mi się, żeby była tam jakaś mała istotka.
-Mamusiu, czy miałaś kiedyś marzenie?
-Miałam, idzie teraz koło mnie i trzyma mnie za rękę! 
#605
Napisano 16 listopada 2016 - 13:33
Two, never give up work. Work gives you meaning and purpose and life is empty without it.
Three, if you are lucky enough to find love, remember it is there and don't throw it away.”
#606
Napisano 26 listopada 2016 - 10:55
to na samo wspomnienie tego okresu po porodzie łzy same cisną mi się do oczu.
Mam to samo. Myślałam, że z czasem minie, ale na razie nie mija.
Miało być tak pięknie a przeżywałam koszmar, najgorszy z dotychczasowych.
O to właśnie.
Ale już za nami. ![]()
-Mamusiu, czy miałaś kiedyś marzenie?
-Miałam, idzie teraz koło mnie i trzyma mnie za rękę! 
#607
Napisano 26 listopada 2016 - 18:44
Two, never give up work. Work gives you meaning and purpose and life is empty without it.
Three, if you are lucky enough to find love, remember it is there and don't throw it away.”
#608
Napisano 14 grudnia 2016 - 10:52
@Aspirynkaaa to nie jest tak, że ty zawaliłaś! Natury nie przeskoczysz. Tak miało być i najważniejsze, że dziecko zdrowe i ty również. Czasem lepiej cesarka niż zagrożenie życia. Możesz powiedzieć, że łatwo mi mówić, bo urodziłam sn, ale papiery na cc miałam już podpisane, mogłam nie żyć ja lub syn bo czekali do ostatniego momentu. I nienawidzę słuchać, że matka po cc jest gorsza. Niby dlaczego? Tak samo nosiła dziecko pod sercem, tak samo dbała o swoje i jego zdrowie, i tak samo opiekuję się nim najlepiej jak potrafi. Decyzja w tym wypadku niestety nie należała do Ciebie. Jesteś najlepszą matką dla swojej córci i kiedyś na pewno Ci to powie!
A może te emocja warto by przepracować z psychologiem? koleżanka po urodzeniu wcześniaka skorzystała z pomocy i teraz cieszy się zdrową szczęśliwą drugą ciążą.
A po cc można mieć również poród naturalny, znam takie przypadki. Może kiedyś przyjdzie na to pora.
#609
Napisano 14 grudnia 2016 - 16:15
A o poroszie sn po cc opowiadał mi lekarz jak mnie ciął. Podobno jeśli kobieta chce to często się udaje.
-Mamusiu, czy miałaś kiedyś marzenie?
-Miałam, idzie teraz koło mnie i trzyma mnie za rękę! 
#610
Napisano 14 grudnia 2016 - 16:38
jeszcze raz uwierz w siebie i uwolnij ten instynkt
#611
Napisano 14 grudnia 2016 - 20:35
@89kasienka89 wymeczylas sie pewnie , ale dobrze ze juz po wszystkim . gratki ![]()
czemu mi dałeś wiarę w cud
a potem odebrałaś wszystko
#612
Napisano 18 grudnia 2016 - 20:42
nie chciałaś iść na łatwiznę
szczerze to dziwi mnie, że ludzie cesarskie cięcie traktują jako pójście na łatwiznę
Nigdy w życiu tak bardzo się nie starałam, a i tak zawaliłam.
Kochana, ale to nie był egzamin! Ty nic nie zawaliłaś
to było całkowicie niezależne od Twojego starania się bądź nie i nie myśl tak! nie wpędzaj się w niepotrzebne poczucie winy ;*URODZIŁAŚ śliczne, zdrowe dziecko ![]()
#613
Napisano 20 grudnia 2016 - 18:47
@Aspirynkaaa doskonale wiem co czujesz...
ja miałam dokładnie to samo....
Tyle się przygotowałam do porodu, ćwiczyłam do ostatnich dni...
I X był przy mnie... i podawali oxy... ale Kubie puls spadał.....
Decyzja o cc... gdzie położne już od razu namawiały mnie na nią... i nastawiały...
A ja nie potrafiłam się z tym pogodzić... Kilka pierwszych tygodni po porodzie, to było jedno wielkie niepogodzenie się...
Tyle tylko że Kuba pierwszą noc nie spędził ze mną.. ale na szczęście szybko po cc wstałam..
Ciesze się że udało mi się go karmić piersią...
Pocieszę Cię że minie... Za jakiś czas przejdziesz nad tym do porządku dziennego...
Ja się nawet teraz nie zastanawiam, czy drugiego porodu też bym nie chciała cc...
#614
Napisano 08 kwietnia 2017 - 06:30
Kruszynka narobiła zamieszania na oddziale przed swoim przyjściem na świat ![]()
Niedziela rano. 5 dni po terminie. Nic się nie dzieje. Skurcze przepowiadające już dawno ucichły. Spokojnie jemy śniadanie, pijemy herbatę. Normalna codzienność
Po 10-tej mamy zgłosić się na kontrolne ktg w szpitalu. Myślę sobie, że na pewno odeślą mnie po wszystkim do domu. Choć z drugiej strony - w ciąży z Krasnalem już mnie zostawili na oddziale i myślałam sobie, że może historia się powtórzy.
Szpital. Zapis ktg bezskurczowy, jednak coś się nie podobało położnej i lekarzowi dyżurnemu, więc postanowili zostawić mnie na oddziale. Chciałam jeszcze negocjować, że może jutro (głupia!) Swoją drogą - lekarz dyżurny bardzo sympatyczny. Wprawił mnie w dobry nastrój.
Przyjęcie na oddział - pełno papierologii do wypełnienia. Dzwonię w międzyczasie do męża, aby przywiózł mi walizkę.
Po przyjęciu zrobili mi kolejne godzinne ktg. Znowu bez skurczów, jednak zaczął mnie boleć brzuch. Pomyślałam, że pewnie ze stresu. Koniec zapisu ktg o 13:45. Pytam położnej jak wyszło, a ona mówi "do porodu jeszcze daleko
". Warunki w szpitalu super. Pora się przebrać i włączyć telewizor. Dzwonię po raz kolejny do męża i składam zamówienie co ma jeszcze dowieźć. Jest przed 14-tą, zaczęła się familiada w tv
To zapamiętałam. Brzuch nadal pobolewa, aż tu nagle czuję pierwszy skurcz. Krótki, ale mocny. Dosłownie za chwilę kolejny, i kolejny, i kolejny. Przestraszyłam się
Myślę sobie, że to chyba niemożliwe. Nagle dopadła mnie również biegunka
I spędziłam w łazience chyba z 40 minut. Naprzemiennie - kibelek, prysznic, kibelek, prysznic. Przez cały czas miałam te skurcze. Bardzo krótkie, ale bardzo mocne i bolesne. Patrzę na zegarek - kurcze, co 2-3 minuty. Pomyślałam, że pochodzę po korytarzu. Spotkałam jeszcze, całkiem przypadkowo, koleżankę która urodziła te kilka dni przede mną
Ale nie dałam rady z nią rozmawiać, bo już ciężko było mi stać na nogach
Idę do dyżurki i mówię położnej co się dzieje. Tej samej, która robiła mi ktg. Wydawało mi się, że ona myśli, że ja coś może czuję, ale panikuję
Wezwała lekarza dyżurnego, tego samego który mnie przyjął. Również zaskoczony, ale bardziej się zdziwił, gdy mnie zbadał i powiedział, że mamy już 7 cm rozwarcia i natychmiast na porodówkę!
Dzwonie znowu do męża, że teraz to ma mnie na porodówce szukać, a nie na oddziale.
Na porodówce wielki szał i harmider, bo nie ma wolnej sali. Nie wiem, nie pamiętam co tam się działo, ale każdy biegał jak poparzony, a ja czekałam na korytarzu. Zajmowała się mną "moja" położna. Bardzo fajna babeczka. Skurcze miałam dosłownie co chwilę, i straaaasznie mocne. Udało się w końcu wejść na salę porodową. Znowu wszystko w pośpiechu - antybiotyk na gbs, badanie. Tańczyłam na łóżku ze zniecierpliwienia i z bólu - ileż można czekać ?
Pełne rozwarcie, nie ma jeszcze lekarza. Położna daje znać, że nie czekamy, tylko zaczynamy. No to zaczynamy i za chwilę było już po wszystkim. Wielka ulga i wielkie szczęście. Mąż oczywiście znowu nie zdążył przyjechać
Poród ekspresowy, 2 godziny od pierwszego bólu. Mam szczęście do szybkich porodów.
#616
Napisano 10 kwietnia 2017 - 08:03
@madzik
suuper, całe szczęście, że Cię zostawili na oddziale, bo mielibyście stresowy wyjazd do szpitala ![]()
![]()
Nie mówmy o zmartwieniach,to nie jest dobry temat
są z nami zawsze, chcesz czy nie.
Pomówmy o nas samych, uczyńmy wielkie plany
być może kiedyś spełnią się?
Gdy już zdobędę mnóstwo pieniędzy
w najbliższym niebie, kupię ci księżyc!

#617
Napisano 04 sierpnia 2017 - 22:17
No to czas na opis mojego Najważniejszego dnia.
13 kwietnia czwartek wizyta u mojej gin celem przedłużenia l4. Termin w karcie ciąży wyznaczony na 15.04.
We wtorek byliśmy w szpitalu po dyżurze, żeby sprawdziła, jak rozwarcie, bo ja już od dawna chodziłam z 3 cm.Wtedy w ten wtorek wzięliśmy torbę awaryjnie, bo myślę sobie, może przed świętami, albo po, byle nie w święta.
Podczas USG pani doktor mówi: hmmm tętno mi się trochę nie podoba, ma pani rozwarcie, dam pani skierowanie do szpitala. Ja na to: aha ok ![]()
Wytłumaczyła gdzie mam iść. A ja zero pytań, jakby do mnie nie dotarło, zero pytań, spokój jakbym szła na lody.
Dopiero we windzie dzwoniąc do babci mówię o tym tętnie, a ona mi na to: może Mały ma wadę serca
więc ja w ryk, przecież nie o to chodzi, pewnie mu ciasno, mało się ruszał, może dlatego tętno raz szybciej, raz wolniej, tak sobie tłumaczyłam powód skierowania ![]()
Oczywiście w TEN dzień torby nie wzięliśmy, bo 'pewnie i tak nic się nie zmieniło'.
Mąż szybko pojechał po torbę. Mnie przyjęli na oddział. Najpierw papiery, później badanie. Tętno w normie.
Wylądowałam na sali przedporodowej.
Koło 24 nie mogłam spać, bo słyszałam, jak jedna z dziewczyn krzyczała 'nie dam rady'
'zróbcie coś'!!! normalnie ciary na plecach...
Rano pobudka.
Przynieśli śniadanie. Poszłam pytać położną, czy mogę je zjeść, bo babce na łóżku obok nie kazali jeść, bo 'dziś musi pani urodzić ostatecznie a nie wiadomo jak to się skończy' w sensie czy czasem nie będzie cesarskiego cięcia. Położna mnie uspokaja, że mam jeść, bo pewnie ordynator wyśle mnie do domu, jak nic się nie dzieje. Ale ja mam rozwarcie przecież
Ale zjadłam jak kazali.
Zaproszono mnie na badanie. I usłyszałam to na co czekałam: będzie pani dziś rodzić!
Cała w skowronkach spakowałam torbę i czekałam aż podepną mi kroplówkę. Skurczy na porannym ktg 0.
10:45 kroplówka.
Leże, próbuję spać, nic. No to zaczęłam wysyłać sms do najbliższych znajomych z informacją gdzie jestem.
Mężowi nie kazałam się spieszyć, bo nic się nie działo. A zakładałam, że trochę to potrwa zanim akcja się rozwinie.
Później spacerowałam po sali. Za oknem sali porodowej miałam kiepski widok, ale coś trzeba było robić.
Skurcze delikatne, wręcz niewyczuwalne. Moja gin akurat kończyła krótki ranny dyżur i zajrzała co się dzieje.
O 14 zajrzała położna i mówi: no dalej, ma pani dziś urodzić, a nic tu się nie dzieje, na co ja:
yyyy czuję mokro i ciepło
Położna z radością oznajmiła, że odeszły mi wody. Wyro mokre. Po nogach leci. W łazience nadal mi leciało.
Salowa miała robotę sprzątać ![]()
Dzwonię do męża go przyśpieszyć, bo położna powiedziała, że teraz to już jakoś ruszy.
I faktycznie od 14:30 zaczęły się bardziej dotkliwe skurcze. Przyjechał mąż. Zmienił mi skarpety, podał wodę, potrzymał za rękę.
Podczas skurczu wierzgałam nogami i mruczałam jak kot, żeby jakoś przetrwać ten ból bez herezji
Ogólnie przez moment leżąc w tych bólach myślałam, że 'narazie nie jest tak źle'.
W międzyczasie dzwonił kurier i teściowa i położna terroryzowała M. wzrokiem, że ma wyjść ze sali i odebrać, a ja jeszcze na to krzyknęłam 'wyłącz k**** ten telefon'
okazało się bowiem, że przyjechał wózek do syna, który miał być po świętach i teściowa pytała gdzie kasa i takie małe zamieszanie wyszło.
Położna powiedziała, że jest już prawie 8 cm i jak dobrze pójdzie to od 15:30 zaczniemy przeć.
I tak też się stało. Przyszła druga położna i wytłumaczyły mi co i jak robić.
Niestety mimo starań Mały wolno się przesuwał w kanale rodnym i trochę to trwało. Raz na kolanach, raz na plecach. Było mi meeega gorąco. Kazały M. zamknąć okno. Ufff gorąco mi było strasznie, ale położna mówi, że nie otworzymy, bo musi być ciepło dla Maluszka.
Świetną trafiłam położną. Ochoczo krzyczała, dodawała mi otuchy. Robiłam wszystko co kazała i bardzo się starałam.
Nagle po prawie godzinie parcia mówi: już widzę ciemne włoski, zostało tak niewiele, dociskaj Justyna, dociskaj!
No i udało się! Jeszcze 2 parcia na 100% możliwości i synuś już był.
o 16:25 usłyszałam, że mamy syna ![]()
Otworzyłam oczy i go zobaczyłam. Słychać to go było bardzo dobrze hehe.
Dopiero się zorientowałam, że sala się zapełniła. Odwiązali koszule i położyli mi synusia na piersiach. Cały mój świat na krótką chwilę stanął ![]()
Położna krzyczy do męża- proszę robić pierwsze zdjęcie! Z tego wszystkiego zapomniałam, że po prawej stronie stoi M. i robi nam zdjęcie. Telefonem, bo z wrażenia nie wziął aparatu z auta
Biorąc synka z piersi tak się złapał za moją koszulę, że musiały mu z rączki wyciągać
Nie dowierzałam, że TO się stało, zostałam mamą...
Później zabrali Małego. Ja rodziłam łożysko. Wbrew temu co słyszałam, że nie boli mnie akurat dość mocno bolało to ściskanie po brzuchu ![]()
Byłam nacinana, więc trochę minęło zanim lekarz skończył się mną zajmować.
Później wpuścili M. na salę. Trzymał mnie za rękę. Mało co mówił
przywieźli Kacperka. Przystawiłam go do piersi, bo płakał. Chciał do mamy ![]()
Ogrom trudu porodu poczułam najbardziej kiedy chciałam wstać na wózek, żeby przewieźli mnie na salę poporodową. Zrobiłam się głucha i nagle biało przed oczami. Nogi z waty. Dobrze, że M. był obok.
Dopiero na sali późnym wieczorem, kiedy M. pojechał już do domu, a my zostaliśmy sami, leżeliśmy przytuleni na łóżku... wszystko puściło i poleciały łzy szczęścia.
do tej pory się pojawiają w różnych momentach.... ![]()
Mam nadzieję, że nigdy przenigdy nie zapomnę tego dnia i nawet tych szczegółów. To będzie chyba jeden z nieliczych postów do których będę wracać, bo najważniejszy ![]()
P.S z tym tętnem to wyszło, że mały był już trochę owinięty pępowiną. Na szczęście pani doktor w porę zareagowała, nie chciała zapewne, żebym została w domu, skoro rozwarcie było, termin był za 2 dni więc nie było sensu czekać, a lepiej dmuchać na zimne. Także cieszę się, że dokonałam dobrego wyboru jeśli chodzi o prowadzenie ciąży.
To spacer podczas bardzo drobniutkiego deszczu.
Człowiek idzie, idzie i dopiero po pewnym czasie orientuje się,
że przemókł do głębi serca...
#620
Napisano 05 sierpnia 2017 - 17:59
@Majorka^^ super, że masz miłe wspomnienia ![]()
To teraz ja, chociaż nie byłam pewna czy opisywać. Najpierw nie chciałam, bo poród był bardzo ciężki, oczywiście po porodzie liczył się tylko synek, ale wspomnienia nie fajne. Teraz już łatwiej o tym myśleć, z każdym dniem boli mniej ![]()
Od początku
18 kwietnia nic się cały dzień nie działo, wieczorem koło 20 oglądałam coś w tv i poczułam mokro. W łazience okazało się, że to wody, ale nie chlusnęło jak na filmach, tylko się sączyło
mąż był w pracy na 2 zmianie, więc nie dzwoniłam, żeby nie leciał na wariata. Poszłam pod prysznic, spakowałam torebkę, torby były w aucie już od jakiegoś czasu. Mąż był w domu o 22, to mu tylko powiedziałam, żeby obiad zjadł, ale żeby się nie rozbierał, bo jedziemy rodzić
nie chciał jeść, ale przekonałam go, że na pewno zgłodnieje. No i szpital. Dojechaliśmy przed 23, skurczy zero. Przyjeli na porodówkę, byłam pierwsza, żadnych innych rodzących
kazali spać, ale 15 minut może i zaczęły się skurcze mega bolesne co 4 minuty
poszłam do toalety i po drodze powiedziałam lekarce o skurczach. Jak wracałam, to słyszałam jak przekazuje informację o skurczach położnej, na co ona: "a w życiu, przed chwilą przecież nie miała"
ale łaskawie podpięła mnie pod ktg, wróciła za chwilę, patrzy i mówi: "o faktycznie ma pani skurcze"
mega mnie zdenerwowała. No ale skurcze mocne, ale jednak do wytrzymania, mówiłam męzowi jeszcze na twardzielke, że spoko dam rade
w międzyczasie przyjmowali inne rodzące a one się darły
zaczęłam chodzić, skakać na piłce itd., żeby pomóc maluchowi
no ale godzina za godziną a tu ja coraz bardziej padnięta, skurcze mocniejsze a rozwarcie na 3 cm... znieczulenia przy takim rozwarciu dać nie mogli, więc patowa sytuacja.Rano przyszedł lekarz i powiedział, że maksymalnie 24 godziny po odejściu wód robi się cesarkę. Ja robiłam co mogłam, cesarki nie chciałam ale rozwarcie nie szło. Na szczęście był mój mąż i była położna inna, niż ta na przyjęciu. Połozna anioł. Mimo mega zmęczenia znowu poszłam na piłkę a zaraz przy rowarciu 5 cm jak już ryczałam z bólu i bezsilności dali mi znieczulenie. W międzyczasie kolejny raz był ordynator z info o ewentualnej cesarce, ale jak dało się te 5 cm, to duch walki plus mąż i położna dali mi znowu sił. Znieczulenie dawali mi ogólnie dwa razy, ulga była, wiadomo, że nie całkiem, ale dałam radę wtedy chodzić, na piłce być i nie ryczałam. Koło 13 było rozwarcie. Mało się nie poryczałam, ale ze szczęścia
no i położna, że teraz już z górki, ja oczytana stwierdziłam, ze parte pewnie z pół godziny i po sprawie. U mnie parte trwały 2,5 godziny. To był moment, kiedy mój mąż był nieoceniony. W trakcie skurczu miałam kucać i przeć a potem wstawać, ja już serio po całej nocy i połowie dnia sił nie miałam, więc mąż mnie podnosił. 2,5 godziny podnosił 70 kg i jeszcze mówił jaka ja jestem dzielna. Mimo jego pomocy ja miałam ciągle przed ocazami ciemno, niedobrze mi było, raz na chwilę straciłam przytomność.
Poród rodzinny to była rewelacja. Do tego połozna zagrzewałą mnie jak olimpijczyka. W pewnym momencie akurat podczas parcia na łóżku położna kazała mi nie przeć więcej, powieedziała że mam robić cokolwiek innego, ale nie przeć. Nie wiedziałam o co chodzi a ja urodziłam! Tylko mały nie płakał a ja w myślaćh mówiłam, no zapłacz, zapłacz! Na szczęscie zaraz zapłakał, dali nam go i oboje płakaliśmy ze szczęscia
był piekny i taki malutki! Potem jak nas wiezli na sale to spotkałam znowu tą położną i poryczałam się jak ją zobaczyłam
ona myślała, że mi słabo a ja jej chciałam podziękować po prostu. Serio czuję, że bez męża i tej konkretnej położnej skończyłoby się cc. Skurcze regularne 14 godzin a potem 2,5 godziny partych. Podobno mam taką budowę miednicy czy coś, że dlatego cięzko było mi urodzić, w sensie już jak rozwarcie było. Mąż był cały czas ze mną, nawet podczas szycia, widział w sumie więcej, niż chciałam. Różnie słyszałam, ale u nas nic to nie zmieniło w kwestii seksu a wzmocniło nasz związek bardzo.
I serio nie da się sobie wyobrazić jaka to miłość póki się nie ma swojego dziecka, zrobiłabym dla niego wszystko, nawet przeżyła ten poród jeszcze raz ![]()
![]()
Nie mówmy o zmartwieniach,to nie jest dobry temat
są z nami zawsze, chcesz czy nie.
Pomówmy o nas samych, uczyńmy wielkie plany
być może kiedyś spełnią się?
Gdy już zdobędę mnóstwo pieniędzy
w najbliższym niebie, kupię ci księżyc!

Podobne tematy
| Temat | Podsumowanie | Ostatni post | |
|---|---|---|---|
Poród po śmierci |
|
|
Użytkownicy przeglądający ten temat: 1
0 użytkowników, 1 gości, 0 anonimowych
















