Melodia, tak się bałaś, a nawet jednego skurczu nie miałaś. Dobrze, że wszystko gładko poszło na cc
Poród
#522
Napisano 30 listopada 2013 - 06:17
Melodia a jak sie czujesz po cc ?
#523
Napisano 30 listopada 2013 - 21:29
Melodia a jak sie czujesz po cc ?
oooo widzicie, uświadomiłam sobie ,że faktycznie odrobinke przestałam wam narzekać
Nie pisałam, bo uznałam to za nieistotne.
Po cesarce czułam się na początku dziwnie. Gdy przywiezli mnie już na normalną salę , to tak mi bylo zimno, miałam takie dreszcze, że nie mogłam wytrzymać. Na dodatek macica zaczeła się kurczyć i tak bolało niesamowicie, że myslalam , że to koniec.
Nawet mówiłam mojemu mężowi, że już umieram, płakałam jak nie wiem co. Pielęgniarki ciągle chodziły i podawały mi leki przeciwbólowe, które nic nie pomagały. Kompletnie nic. Po dlugim czasie kiedy odrobine przestało boleć, przyszła położna i... o nie tego bólu nie zapomne do konca życia!. Zaczela mi mocno przyciskać po brzuchu... Jeeezuuu co to był za ból.
I znowu to samo, leki przeciwbolowe...
W nocy juz nie moglam wytrzymac i dostalam jakąs tabletke, nie wiem co to bylo ale troche straciłam kontakt z rzeczywistoscia, tak mnie otumaniła. Czułam , że powoli ból odchodzi i wysłałam męża , już do domu ( tzn do brata) bo tam spal.
o 5 rano przyszła polożna , odłączyla cewnik i kazala wstać i iśc pod prysznic. Nie do końca kumałam o co jej chodziło, i o co biega, jakas taka bylam nieprzytomna, nie wiedziałam co sie dzieje. Za pomocą położnej wstałam. Ledwo bo ledwo, ale jakos poszło.
Na drugi dzien mialam jeszcze problemy ze wstawaniem, i chodzeniem. A najgorsze bylo to , że gdy probowalam jakos przystawiac malego do piersi to brzuch mnie tak bolal , ze masakra.
Na drugą noc po cesarce, nie zostawiłam ze sobą w sali dziecka, bo po prostu nie potrafiłabym sie nim zająć, tak wszystko bolało. Dopiero ok 7 mi go przywiezli , i zaraz przyjechał mąż, żeby mi pomóc się nim zajmować. Tzn praktycznie wszystko robił, siedział ze mna praktycznie do 22 wieczorem. Dopiero na kolejną noc zostawilam małego, bo juz jakos lepiej chodziłam, i tak to wszystko lepiej wyglądalo.
Teraz już czuje sie sprawna, wstaje , chodze , nie mam z tym problemów. Oczywiscie rana jeszcze pobolewa, i brzuch czasem też, ale tragedii nie ma. Normalnie funkcjonuje, a wiadomo zajmie to troche czasu jak dojdzie wszystko do siebie ![]()
#524
Napisano 18 stycznia 2014 - 17:30
Mój Poród - relacja ze szczegółami ![]()
Termin był wyznaczony na 8.01. Było już po terminie i w nocy spałam niespokojnie jakby wyczekując czy coś się wydarzy, ale nic... Zaczęło się 10.01 ok. 11.00, ale wiedziałam, że to na pewno jeszcze nie to i mamy sporo czasu. Dodatkowo zaczęło coś ze mnie cieknąć. Zawiadomiłam jednak przyszłego tatusia, że powoli junior chyba daje o sobie znać. M. był w pracy, więc powiedziałam, że spokojnie na niego zaczekamy
I tak też było. Regularne skurcze zaczęły sie po 16. Zaczęłam zapisywać. Sprawdziłam czy torba spakowana, M. pozanosił wszystko do auta i czekaliśmy dalej. Żeby sprawdzić czy nie przejdą zrobiłam sobie ciepłą kąpiel. Leżeliśmy i oglądaliśmy TV to M. się śmiał, że teraz musze poczekać, aż się skończy. Teściowa wpadła w panikę, najlepiej od razu by mnie położyła w szpitalu, M. też zaczął się niecierpliwić a ja chciałam jechać jak najpóźniej, byłam dziwnie opanowana. W końcu gdy skórcze były regularnie co 4-5min i już mocno doskwierały, po 22 ruszyliśmy do szpitala. Zbadali mnie, podłączyli pod KTG, ale jak to określiła położna były to na razie tylko ‘skórczyki’ i zero rozwarcia. Nie puścili mnie juz jednak do domu, a M. powiedzieli, że ‘to raczej nie dziś’ więc on może wracać. Noc spędziłam na porodówce, a że nic z tego nie wyszło (rozwarcie zrobiło się aż na centymetr), rano przeniesiono mnie na oddział. I to na salę gdzie same znajome
Pogadałyśmy trochę, ale ok. 10.00 wstałam i poleciało ze mnie jak z kranu. Powiedziałam położnej, ze to chyba wody odeszły, podłączyli KTG i wzięli na porodówkę. Zadzwoniłam do M. żeby się zjawił, ale ze spokojem. Położna była cudowna. Dużo ze mną rozmawiała, pytała co chcę robić, przyniosła piłkę, udzielała rad. Pochodziliśmy trochę po korytarzu, poskakałam i puściłam faceta do domu co by się posilił. Wszystko szło strasznie powoli. Najgorzej, że często musiały mnie badać, bo skórcze były, a rozwarcie małe na 3 cm. Po 16.30 namówiły mnie na pierwszy przeciwbólowy. Wytrzymałabym jeszcze, ale miało to też przyspieszyć akcje. I chyba pomogło. Cały czas byłam już pod aparatem, bo przy dużych skórczach niepokojąco spadało tętno dziecka. Zaczęliśmy się bać. Ok. 20 dostałam kolejne środki przeciwbólowe i powoli zaczynałam tracić orientację. M. cały czas dzielnie mnie wspierał, pokazywał jak oddychać, nie pozwalał patrzeć na pomiar tętna żebym się nie denerwowała, masował, rozmawiał. Naprawdę dał z siebie wszystko choć sam wtedy już strasznie się bał. Pani doktor kazała mi podpisywać papiery, było blisko zrobienia cesarki, ale tez blisko do porodu więc się wahała. Pod koniec dostałam kroplówkę z glukozy, żebym dała radę. Krzyczałam chyba strasznie (choć i pani doktor i M. twierdzą, że nie aż tak) i błagałam, żebym mogła już przeć. Poinstruowano mnie jak i zaczęłam. Nie słuchałam się jednak. M. musiał trzymać nie za głowę, jedna z położnych zatkała mi nos. Cały czas ważne było żebym oddychała tak aby mały dostał jak najwięcej tlenu. Nacięli mnie, 10 minut i na moim brzuchu wylądował synek. Był owinięty pępowiną, ale szybka reakcja i po chwili usłyszeliśmy upragniony płacz. Nie potrafię nawet opisać co wtedy czułam. Płakałam i śmiałam się na raz. M. prawie padł ale dzielnie przeciął pępowinę i z dumą stwierdził: mówią, że dzieci po porodzie zaraz takie brzydkie, a on jest śliczny. I że chyba już o nim zapomniałam. Łożysko podobno rodzi się jeszcze trudniej a ja nawet nie wiem kiedy i było już po, i byłam zszyta. M. wrócił i oznajmił że mamy 10 pkt APGAR. Cieszyliśmy się ogromnie, mały nie był niedotleniony ani nic. Nakarmiłam, M. jeszcze z tysiąc razy powiedział jaki jest ze mnie dumny i odpływałam. Byłam naprawdę wykończona i nieprzytomna, więc zabrali mi małego na noc. Nie mogę powiedzieć, że nie bolało, ale zobaczenie synka na piersi wszystko wynagrodziło w sekundę. Nie było lekko, ale personel na który trafiłam naprawdę wiele z siebie dał i sprawiał, żeby maksymalnie wszystko ułatwić. Miałam naprawdę dużo szczęścia.
#527
Napisano 18 stycznia 2014 - 17:46
ja przy tak czestych skurczach i bolu mialam juz chyba 6 cm rozwarcie jak trafilam do szpitala
W końcu gdy skórcze były regularnie co 4-5min i już mocno doskwierały,
u mnie podobnie, choc wiem ze nie zawsze tak robia
, więc zabrali mi małego na noc
Piekny opis, wzruszajacy. A ty dzielna.
Pieknie dalas rade
No. I juz maly jest z Wami. A Imie sliczne
#529
Napisano 18 stycznia 2014 - 18:34
Świetna relacja.Dałaś radę ![]()
#532
Napisano 19 stycznia 2014 - 09:52
halynka aż się łezka zakręciła w oku jak sobie wyobraziłam to wszystko i pomyślałam że ja też będę przeżywała takie chwile już za pare miesięcy
cudownie ![]()
#535
Napisano 19 stycznia 2014 - 12:12
super ze trafiłas fajny personel i ze twój meżczyzna był takim wsparciem.
czemu mi dałeś wiarę w cud
a potem odebrałaś wszystko
#538
Napisano 19 stycznia 2014 - 23:38
@halynka cudowny opis
jednak na Twoim przykładzie jeszcze bardziej można się utwierdzić, że facet przy porodzie może się przydać i dużo pomóc ![]()
To spacer podczas bardzo drobniutkiego deszczu.
Człowiek idzie, idzie i dopiero po pewnym czasie orientuje się,
że przemókł do głębi serca...
#539
Napisano 20 stycznia 2014 - 14:40
@halynka rozczuliłam sie, przeładny opis
![]()
gratulję po raz nie wiem który, opanowania, potomka dzielnego M. no i chyba jednego z najważniejszych wspomnień, jakie będziesz mieć w zyciu ![]()
Love like you'll never be hurt,
Sing like there's nobody listening,
And live like it's heaven on earth."
Podobne tematy
| Temat | Podsumowanie | Ostatni post | |
|---|---|---|---|
Poród po śmierci |
|
|
Użytkownicy przeglądający ten temat: 1
0 użytkowników, 1 gości, 0 anonimowych



















