Skocz do zawartości

Babskiswiat.net używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Dowiedz się więcej Rozumiem

Mahjong
Opis: Nieśmiertelna gra. Mahjong html5 online.


2048
Opis: Hit 2014. Prosta, logiczna i niezwykle wciągająca gra 2048.


Saper
Opis: Saper - kto nie zna tej gry...

Zdjęcie

Portale spolecznosciowe - wrog prywatnosci ?


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
7 odpowiedzi w tym temacie

#1 Piotrek

Piotrek
  • Użytkownik
  • 520 postów

Napisano 04 czerwiec 2010 - 08:39

Piotr Miączyński; Tomasz Grynkiewicz 2010-06-03

Dowiedzą się, kim jesteś. Gdzie pracujesz. Jak mieszkasz. Czego słuchasz. Kim są twoi znajomi. Co pijesz. Z kim śpisz. Wystarczy, że masz konto na Facebooku albo na Naszej-klasie. Używasz Twittera, Blipa albo Flickra. To tak proste, że nie byliśmy w stanie w to uwierzyć

Za chwilę ukradniemy tożsamość w internecie. Kobiecie, lat 29. Rudej. Ekonomistce, która lubi jeździć na nartach i zna się na komputerach. Nigdy jej nie widzieliśmy, ale na twardym dysku komputera mamy jej zdjęcia. Kradzione. Skopiowaliśmy je z profilu Rudej na Naszej-klasie.

Po co?

Chcemy się włamać. Na konto na Facebooku jej sławnej koleżanki.

Zdrada i kasa

4 lutego 2004 r. Mark Elliot Zuckerberg, 20-latek z White Plains w stanie Nowy Jork, siedzi w pokoju w akademiku Uniwersytetu Harvarda.

Za kilka minut razem z kumplami: Dustinem Moskovitzem, Chrisem R. Hughesem i Eduardo Saverinem, uruchomi serwis społecznościowy Facebook.

Zuckerberg jeszcze tego nie wie, ale stworzy tym samym trzecie co do wielkości państwo świata. Zaraz po Chinach i Indiach. Ponad 450 mln mieszkańców. Nie wie też, że dzięki Facebookowi zostanie najmłodszym miliarderem świata (212. miejsce, ponad 4 mld dolarów).

Na razie jest rudawym, cholernie zdolnym studentem, którego chce zatrudnić u siebie Microsoft i AOL. Uwielbia recytować kawałki "Iliady" Homera.

Na ironię zakrawa, że wszystko zaczęło się od włamu do komputerowego systemu uczelni. Zuckerberg ukradł zdjęcia studentek z kampusu. Fotki umieścił na stworzonej przez siebie stronie Facemash.com. Użytkownicy mogli oceniać, która studentka jest hot, a która nie.

Świństwo? Złamanie praw do prywatności?

- Prywatność przestała już być normą społeczną - twierdzi Zuckerberg.

Strona wisiała w sieci tylko przez cztery godziny, ale odniosła niesamowity sukces.

Głupie pytanie, ale skąd się znamy?

Nasza ofiara jest sławna. Występuje na pierwszych stronach gazet. W telewizyjnych wiadomościach. Zajmuje poważne stanowisko. I jest atrakcyjną kobietą. Dlatego (żartobliwie) nazwiemy ją: znaną fajną laską. W skrócie ZFL.

Chcemy się z nią zaprzyjaźnić - kto by nie chciał? - na Facebooku. Wiemy, że ma tam konto, bo mówiła o tym w wywiadzie. Nie znamy jej. Ona nie zna nas. Sprawdzimy, czy przyjmie nasze zaproszenie, zaakceptuje nas jako swoich wirtualnych przyjaciół.

Do diabła, przyznajmy, chcemy zobaczyć jej prywatne zdjęcia. Poznać prywatny numer telefonu. Z kim jest w związku? Z kim się przyjaźni? Co do nich pisze?

Kto nigdy nie miał takich pragnień, niech pierwszy rzuci myszą!

Odpalamy służbowy komputer. Klikamy: załóż nowe konto. Już po wszystkim. Możemy zacząć dodawać znajomych. Jaka jest szansa, że ZFL zaakceptuje zaproszenie od kompletnie obcej osoby?

Robimy test. Do 15 osób z naszej redakcji, które mają konta na Facebooku, wysyłamy zaproszenia. Jeden facet zapytał: "To głupie pytanie, wiem, ale moja skleroza tak mnie przeraża, że muszę je zadać - skąd się właściwie znamy?". Ale aż siedem osób się zgadza!

Dlaczego tak łatwo akceptujemy nieznajomych jako przyjaciół w internecie?

Czy pokazalibyśmy obcej osobie w tramwaju swoje zdjęcia z plaży? Oponę na brzuchu? Cellulit?

Zdradzili poglądy polityczne?

Ujawnili, że wczoraj rozstaliśmy się z kobietą/mężczyzną?

Nie! A w sieci nie mamy z tym problemu.

Smak sushi

33-letni Paweł z Gdańska chciał się zaprzyjaźnić z wychowawczynią swojego syna, a doprowadził ją do stanu przedzawałowego. - Po pierwszej wywiadówce w zerówce znalazłem ją na Naszej-klasie. Wysłałem jej zaproszenie do grona znajomych. Przysłała mi przerażonego maila: "Jak Pan mnie tu w ogóle znalazł?!? Jak to możliwe?!?".

- Większość internautów, która korzysta z serwisów społecznościowych, w ogóle nie ma świadomości, że to, co piszą, może zobaczyć każdy. Nie wiedzą, co widać na zewnątrz, nie wiedzą nawet, że można ich w serwisie znaleźć - mówi Michał Olszewski, który w Agorze odpowiada za internetowe społeczności.

Nasze dane osobowe są wywieszone w internecie niczym dzieła malarzy w muzeum narodowym. A nawet bardziej, bo kto dziś chodzi do muzeum?

Kilkanaście milionów Polaków ma konta na Naszej-klasie. Kilka milionów na Facebooku. Dbający o karierę zawodową tworzą profile na Profeo, GoldenLinie albo LinkedIn. Fotografowie są na Flickr albo Plfoto. Miłośnicy muzyki na Last.fm. Blogerzy na Blog.pl, Bloxie, mikroblogerzy na Blipie i Twitterze oraz Google Buzz.

Tylko 2 proc. internautów nie umieściło w sieci żadnych informacji na swój temat. Ponad dwie trzecie zamieściło w sieci swoje zdjęcie. O tym, gdzie mieszka, napisał co drugi. Co dziesiąty wyznał, gdzie pracuje, co trzeci zdradził prywatny numer telefonu. Datę urodzenia oraz imię i nazwisko podaje blisko 90 proc.

Serwisy społecznościowe są niczym piec. Żeby grzać, potrzebują danych. Informacji. O nas.

Co jadłeś? Gdzie spędziłeś weekend? Jak oceniasz hotel? A sushi smakowało? Czy możesz nam pokazać wyciąg ze swojej karty kredytowej? Za daleko? Przesadziliśmy z tą kartą?

Taki serwis w sieci już jest. Nazywa się Blippy. Wystarczy podać dane dotyczące karty kredytowej, a system automatycznie podzieli się tymi informacjami ze znajomymi na Facebooku czy Twitterze: "Paweł" wydał 23,56 dol. w Amazon.com, kupił "Unseen Academics" i rozmówki polsko-hiszpańskie. "Gosia X" wydała 19 dol. w iTunes, kupiła "Crazy" Britney Spears i album Eminema. Ten kupił podwiązki w sklepie na rogu, tamten - wydał 100 dol., na paliwo na tej stacji.

Kontrowersyjne? Twórcy Blippy twierdzą, że to przecież zabawa. A w dodatku pożyteczna. - Bo jeśli kupiłeś karnet do siłowni za 75 dol., znajomy może podpowiedzieć, że mogłeś go kupić o 10 dol. taniej. Albo, skuszony, też kupi ten sam karnet.

Przyjaciel mojej przyjaciółki

Chwila prawdy. Wpisujemy w wyszukiwarkę Facebooka imię i nazwisko ZFL. I co? Nic. Ucho od śledzia. Facebook mówi, że ZFL nie ma w gronie użytkowników serwisu. Nerwowo sprawdzamy warunki prowadzenia kont na Facebooku. Okazuje się, że jest możliwość chronienia swojej prywatności. Można zaznaczyć, że nie chce się być wyszukanym.

Większość internautów tego nie robi. Według tegorocznej ankiety amerykańskiej Federalnej Komisji Handlu aż 65 proc. użytkowników Facebooka nie zmieniło ustawień prywatności na swoim profilu.

Nie chce im się?

Nie potrafią?

Mają to gdzieś?

ZFL jest inna. Zaznaczyła w ustawieniach swojego konta, że odszukać w serwisie mogą ją tylko przyjaciele i przyjaciele przyjaciół. Żeby w ogóle zobaczyć ZFL na Facebooku, musielibyśmy wpierw zaprzyjaźnić z jej przyjaciółką/przyjacielem!

Zakiełkował nam pomysł.

Zły. Wredny. Ale jakże pociągający.

A gdyby tak... podszyć się pod jej znajomych?

Ukraść internetową tożsamość?

Klaudia naga w wannie

Niebieskie płytki w łazience wyglądają na stare. Klaudia leży naga w wannie. Uśmiecha się kusząco. Kilka fragmentów jej ciała przykrytych jest pianą. A kilka nie. Pokaźny biust akurat nie. W tle solidna bateria szamponów i odżywek na półce. Podpis pod zdjęciem: "mMMM podczas kąpieli p".

Klaudia ma profil na Naszej-klasie. Tam też umieściła swoje zdjęcie. Ale my zobaczyliśmy je w blogu Naszaklasa.blox.pl.

Prowadzi go Łukasz. Do blogu wkleja np. zdjęcia panów i pań tańczących na rurach. Albo sikających na łonie natury. Ewentualnie pań, które prezentują się w ultrakrótkich spódniczkach mini - przy czym ultrakrótkich oznacza zaczynających się mniej więcej w połowie pośladka. Wszystkie zdjęcia pochodzą z Naszej-klasy.

Niewiele jest już go w stanie zdziwić. Czego nie pokazał? - Zdjęć kobiety na tle narządów rozrodczych koni w stadninie. Na jednej fotce pani nawet trzymała "to" w dłoni.

Dlaczego ludzie się nie wstydzą pokazywać z końskim penisem w dłoni? - pytamy badaczkę internetu Martę Klimowicz.

- Każdy w jakiś sposób chce zaistnieć, pokazać się innym. Jedni robią to, publikując prace naukowe, inni - opowiadając o swoim życiu erotycznym w blogu. Internet pozwolił na zaistnienie także tym osobom, które wcześniej nie miały dla siebie tego rodzaju przestrzeni. Zaczęliśmy dostrzegać głosy osób, z którymi wcześniej nie mieliśmy nic wspólnego, które nie znajdowały się w kręgu naszych przyjaciół. Stąd być może bierze się zaskoczenie takimi zachowaniami. Nie zgodziłabym się jednak z tezą, że to internet coś w ludziach zmienił. On raczej dał im możliwości, jakich wcześniej nie mieli. Tylko i aż tyle.

Czy prywatność w sieci przestała być normą społeczną?

- Absolutnie nie. Zmienia się może nieco jej rozumienie, świadomie lub nie rezygnujemy z zachowywania pewnych rzeczy w sferze prywatnej - twierdzi Klimowicz.

Przykład? - Fotorelacja z porodu na żywo za pośrednictwem serwisu mikroblogowego Blip - odpowiada Klimowicz.

Internauta minuta po minucie wrzucał na Blipa zdjęcia swojej rodzącej żony.

"Akademia rzucania błotem"

Jak dowiedzieć się, z kim przyjaźni się ZFL? To akurat proste. Użyjemy Naszej-klasy. ZFL ma tam konto. I 90 znajomych.

Wybieramy Rudą. Lat 29. Lubi jeździć na nartach i dobrze zna się na komputerach. Kopiujemy jej zdjęcie profilowe. I zapisujemy na twardym dysku.

Świństwo? Jak najbardziej.

Czy tłumaczy nas, że w internecie używanie cudzych zdjęć jest plagą? "Gazeta" niedawno pisała o przygodach Eweliny z Łodzi. 27-latce kolega wysłał maila, gratulując zdjęć na stronie Nasze-lasie.pl. Są tam, jak twierdzą założyciele, "najładniejsze i najseksowniejsze polskie" dziewczęta. Głównie półnagie.

- Zgłupiałam. Weszłam na tę stronę i zobaczyłam swoje wszystkie zdjęcia skopiowane wprost z mojego profilu na Naszej-klasie - opowiada Emila. - Chciałam to usunąć, ale niestety, na stronie nie było takiej możliwości.

My teraz, używając danych Rudej i jej zdjęcia, tworzymy profil na Facebooku.

- To fałszerstwo - ostrzega Michał Serzycki, główny inspektor ochrony danych osobowych.

Sam padł ofiarą podobnego kantu. Internauta zrobił jego fałszywy profil na NK. Zgodnie z nim inspektor miał się edukować w "Akademii Rzucania Błotem", oraz "Szkole Zawodowców o specjalizacji Wyplatanie turbanów". Profil, opatrzony zdjęciem Serzyckiego, szybko wykasowała administracja Naszej-klasy.

Co nam grozi? Pytamy eksperta. Dr Wojciech Machała, adwokat i wykładowca Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, spec od prawa autorskiego, ma problem.

Bo intuicyjnie, owszem, każdy czuje, że coś jest nie w porządku.

- Ale znalezienie wyraźnej podstawy prawnej nastręcza trudności. Kolejny raz system prawny nie nadąża za rzeczywistością - mówi Machała.

Po zastanowieniu prawnik ostrzega, że możemy zostać oskarżeni o złamanie art. 267 kodeksu karnego ("Kto bez uprawnienia uzyskuje dostęp do informacji dla niego nieprzeznaczonej, otwierając zamknięte pismo, podłączając się do sieci telekomunikacyjnej lub przełamując albo omijając zabezpieczenie elektroniczne, magnetyczne, informatyczne..."). Grożą nam dwa lata pozbawienia wolności, kara ograniczenia wolności albo grzywna.

Do tego dochodzi odpowiedzialność cywilna. - Zastanawiałbym się nad możliwością uznania tego zachowania za naruszenie prawa do prywatności - ostrzega Machała. I dodaje. - Wśród dóbr osobistych wymienionych w art. 23 kc jest nietykalność mieszkania - w sensie sfery życia prywatnego. Może warto byłoby stworzyć nowe dobro osobiste: nietykalność profilu na Facebooku?

Ryzykujemy. Sprawdzamy, kto ze znajomych ZFL na Naszej-klasie ma również konto na Facebooku. Ma połowa. Wysyłamy do nich prośbę o przyjęcie koleżanki z liceum do grona przyjaciół.

Przyjmą? Nie przyjmą?

"Pieprz się, Google'u"

Taki wpis w blogu opublikowała kilka tygodni temu amerykańska feministka Harriet Jacobs. Poszło o Google Buzz. To taki a la Twitter, który koncern za jednym zamachem podpiął wszystkim użytkownikom poczty Gmail w lutym br. Nie pytając nikogo o zdanie.

W większości serwisów społecznościowych internauci sami wybierają, kogo dodać do znajomych, Buzz robił to za nich. Do listy znajomych automatycznie wybierał tych, do których często pisali maile. Nic wielkiego?

U Jacobs na liście jej kontaktów oprócz matki i aktualnego partnera znalazł się jej eksmąż. Wyjątkowy drań. Z miejsca uzyskał dostęp do jej obecnych kontaktów, a także komentarzy, które umieszczała w sieci za pomocą innego narzędzia - Google Reader. - Zwykle dzieliłam się nimi z chłopakiem, bo jakoś nie miałam powodu, by przed nim ukrywać ani to, gdzie jestem w danej chwili, ani miejsca pracy.

W przeciwieństwie do swego byłego męża, z którym chciała porozumiewać się tylko za pośrednictwem prawnika.

Polityka Google'a wkurzyła inspektorów ochrony danych osobowych z różnych krajów świata. Pod koniec kwietnia 10 z nich (z Kanady, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, Irlandii, Izraela, Holandii, Hiszpanii, Włoch oraz Nowej Zelandii) wystosowało do koncernu list. "Niepokoi nas, że prawa obywateli świata do prywatności zostają spychane na bok, gdy Google uruchamia nowe usługi".

W kwietniu niemiecki rząd i tamtejsze organizacje konsumenckie odradziły internautom korzystanie z Facebooka. Ich zdaniem serwis narusza przepisy o danych osobowych.

W liście do Facebooka niemiecka minister ds. ochrony konsumentów Ilse Aigner zagroziła, że jeśli Facebook nie jest gotowy na zmianę polityki prywatności i usunięcie rażących uchybień, to będzie zmuszona... zrezygnować z członkostwa w tym portalu społecznościowym.

Czy Facebook się już boi? Tego nie udało nam się dowiedzieć.

Jeeeeest!!!!!!!!!

Pierwsza zaproszenie Rudej przyjęła Aneta. 15 minut po wysłaniu go przez nas.

Jest bezużyteczna. Nie zna ZFL. Druga była Magdalena godzinę później. To samo. Ale Justyna chce się przyjaźnić z Rudą i zna ZFL!!!

Na to czekaliśmy od trzech dni. Wysyłamy zaproszenie do Znanej Fajnej Laski.

Czy czujemy emocje?

Flickr wszędzie cię znajdzie

W warszawskim parku Szczęśliwickim stoi piękna kobieta w kusej spódniczce. Robi zdjęcia iPhone'em i wrzuca od razu do internetu.

Mężczyźni wzdychają z podziwem na widok jej nóg. Jeden z nich siada przed komputerem. W ciągu pięciu minut dowiaduje się, że kobieta nazywa się Sabina Piotrowska mieszka przy ul. Opaczewskiej, w dwupokojowym mieszkaniu, ma kota Romana, a w salonie trzyma dziwną indiańską rzeźbę.

Senny koszmar z przyszłości? Nie. Owszem, Sabina Piotrowska nie istnieje. Ale reszta? Jest jak najbardziej możliwa. Udowodnił to Mathew Honan, dziennikarz magazynu "Wired". A kobietę robiącą zdjęcie telefonem komórkowym zobaczył w parku w San Francisco niedaleko mostu Golden Gate.

Przeciętny użytkownik o tym nie wie, ale iPhone do każdego zdjęcia dołącza geodane (przybliżone współrzędne GPS). Wystarczy znaleźć zdjęcie, aby dowiedzieć się, gdzie zostało zrobione.

Szukanie zdjęć po całej sieci jest oczywiście żmudne. Ale w jednym z najpopularniejszych serwisów społecznościowych dla miłośników fotografii Flickr jest specjalna mapa świata utkana ze zdjęć. Honan kliknął na teren parku i zobaczył, kto robił tego dnia tam zdjęcia. Stąd już tylko jeden ruch myszką dzielił go od tego, aby poznać wszystkie zdjęcia kobiety na Flickrze. A wśród nich foto z kuchni, sypialni, salonu. Od biedy dałoby się ustalić, pod jaką długością i szerokością geograficzną stoi jej ekspres do kawy.

Spektakularne? Owszem.

To jednak nic w porównaniu z tym, co robią internauci skupieni wokół forum 4chan dla sieciowych geeków. Czarnoskórą nastolatkę z Bronxu, która dręczyła zwierzęta, namierzyli dzięki zdjęciom zamieszczonym na jej profilu w serwisie MySpace. Na jednym była widoczna linia kolejowa i charakterystyczny budynek. Internauci przeczesali Bronx, korzystając ze zdjęć satelitarnych Google Maps. Odnaleźli miejsce na fotografii, po dłuższej dyskusji ustalili, z jakiego kąta i wysokości zostało zrobione. I tak wytypowali konkretny budynek. Później adres i telefon.

O znęcaniu się nad zwierzętami poinformowali lokalną policję, wydzwaniali do dręczycielki, zamawiali też na jej adres stosy pizzy, darmowe Biblie, Korany oraz laski dla niewidomych.

ZFL jest wstawiona

ZFL zaakceptowała nasze zaproszenie.

Wchodzimy na jej profil. I co?

Zdjęcie numer jeden. ZFL mocno wstawiona obejmuje koleżankę, ściskając w dłoniach butelki z piwem. Zdjęcie numer dwa. ZFL mocno wstawiona na imprezie. Zdjęcie numer trzy. ZFL kuso ubrana tuli się do mężczyzny numer 1. Zdjęcie numer cztery. ZFL kuso ubrana tuli się do mężczyzny numer 2. Na jednej fotce widać pistolet ukryty za podwiązką. Ale twarzy nie. Długość nóg na oko pasuje, papieros w dłoni też - ZFL? Ale paznokcie niepomalowane na czerwono? Ona czy nie? Na innych zdjęciach ta czerwień zwraca uwagę. Była w Maroku. Surfuje? Prawdopodobne - podczytuje magazyn lifestyle'owy "Huck" poświęcony głównie surfingowi i snowboardom. Ulubione strony na Facebooku pokazują, że lubi Woody'ego Allena, Stanisława Grzesiuka czy Banksy'ego, sławnego grafficiarza. Jeśli muzyka, to z pewnością irlandzkiej wokalistki Róis~n Murphy. Są strony kulturalne - galerii sztuk - oraz sklepów z ciuchami, jak obuwniczy sklep 400 Rabbits. Mamy jej numer telefonu. Znamy jej przyjaciół. Co możemy z tym zrobić? O to zapytamy pana Sebastiana.

Google mnie nie zna

Siedzimy razem w eleganckiej kamienicy w centrum Warszawy. Sebastian, lat 35, jest windykatorem. Poprosił o to, aby być anonimowy. Jak twierdzi, znacząco zwiększy to jego szczerość. Informacji z serwisów społecznościowych używa do pracy.

- Do windykacji najlepsza jest Nasza-klasa. Założyłem tam fikcyjne konto. Mam 700 ziomali. Ludzie sami mnie zapraszają. Dorzuciłem dla ściemy kilka zdjęć przyrody. Jak przychodzą akta od klientów, wstukuję w Naszą-klasę ich nazwiska.

- I?

- Ludzie lubią się pochwalić tym, co mają. Wczoraj wysłałem zdjęcie z Naszej-klasy do komornika. Dłużnik siedział z dzieckiem na motorze Ducati. Może jego, może nie jego, komornik będzie miał już jakiś ogląd na sprawę, jak pójdzie na czynności. Jeśli pani ZFL ma długi, można zobaczyć, czy na zdjęciach nie widać jej domu. Albo samochodu. Komornik może je zająć.

- Tylko tyle?

- Jeśli w sieci jest jej domowy adres, ktoś może się do niej włamać. Na podstawie statusów na Facebooku można przecież ustalić, kiedy jest w domu, a kiedy w pracy. Można też tą panią szantażować.

- ???

- Ostatnio znajomego spotkał wypadek, jaki przewidziałem, oglądając po raz pierwszy Naszą-klasę. Ktoś z fikcyjnego konta do wszystkich jego znajomych rozesłał informację o wyrokach, jakie na nim ciążą. Wredne, ale skuteczne. Raz-dwa się zwinął z Naszej-klasy - śmieje się pan Sebastian. - W tym przypadku można zagrozić, że wyśle się jej zdjęcia do przełożonych w firmie. Do jej partnerów biznesowych z któregoś z serwisów dla profesjonalistów, jak LinkedIn.

- I co z tego? Uznają po prostu, że kobieta lubi się dobrze bawić.

- Czy są panowie przekonani, że zależy jej na takim wizerunku?

- A pan jest na Naszej-klasie? Pod swoim nazwiskiem? - pytamy jeszcze na koniec.

- Nie. Ja nie zamieszczam o sobie żadnych informacji w internecie.

W redakcji zapytaliśmy o pana Sebastiana osobę, która o internecie wie prawie wszystko. Panie Google, niech nam pan powie coś o Sebastianie.

Nie wyskoczyło nic.

Facebook donosi szefowi

Maj 2009. Paweł, biały kołnierzyk z jednej z warszawskich korporacji, na Facebooku ma 160 znajomych. Numerem 160. został jego szef. - Długo się zastanawiałem, czy go dodać, czy nie, ale... wolałem się nie zastanawiać, jak by zareagował, gdybym zignorował jego zaproszenie - mówi.

Szefa dodał. Przeżył szok, gdy po powrocie z kilkudniowego urlopu szef porozumiewawczo mrugnął okiem i klepiąc po ramieniu, powiedział: "Nooo, Paweł, widziałem, że nieźle się bawiłeś".

- Zatkało mnie. A potem na Facebooku zobaczyłem, że znajomy, u którego byłem na imprezie, wrzucił zdjęcia. A ja na nich... zapruty w trzy dupy - mówi Paweł.

Imprezowy znajomy szefa Pawła nie znał. Nie szkodzi. W zwykłym albumie znajomy Pawła wrzuciłby zdjęcie za folię, album odstawił na półkę. Prawdopodobieństwo, że zobaczyłby je szef Pawła? 0,00000000000001 proc. A może i mniej. Na Facebooku jest prościej. Wrzucasz zdjęcia i podpisujesz osoby, np. Paweł X. A Facebook zadziałał jak posłaniec - każdemu ze znajomych Pawła, w tym jego szefowi, wyświetliła się informacja: "Paweł został oznaczony na zdjęcie" (serwis w polskiej wersji ma kłopoty z odmianą przez przypadki). Wystarczyło kliknąć.

Lato 2009. 29-letnia Nathalie Blanchard zamieszcza na Facebooku swoje zdjęcia z baru ze striptizerami oraz fotkę, na której pręży się w skąpym bikini na plaży.

Blanchard pracowała w kanadyjskiej filii IBM. Do czasu, aż - przynajmniej według jej wersji - zdiagnozowano u niej poważną depresję. Wzięła wolne i utrzymywała się z pieniędzy wypłacanych przez jej firmę ubezpieczeniową Manulife Financial.

Jesienią pieniądze nagle przestały wpływać na jej konto.

Gdy zadzwoniła do agenta ubezpieczeniowego, by wyjaśnić sprawę, usłyszała, że... jej zdjęcia na Facebooku sugerują, że jest zdolna do pracy.

Manulife w komunikacie wysłanym mediom podkreślało tylko, że "nigdy nie odmówiłoby ani nie unieważniłoby umowy, opierając się wyłącznie na informacjach publikowanych na takich stronach internetowych jak Facebook". Ale nie zaprzecza, że zaglądało na profil swojej klientki w serwisie społecznościowym.

Blanchard zabrano tylko ubezpieczenie. Dla mieszkanki Norwegii podobny przypadek skończył się odsiadką. Za wyłudzenie nienależnych zasiłków sąd skazał ją na pół roku aresztu. 25-letnia kobieta twierdziła, że samotnie wychowuje dwie dziewczynki, i przez dwa i pół roku wyciągnęła z pomocy społecznej ok. 40 tys. euro. Ale w serwisie społecznościowym Nettby.no namierzyła ją organizacja Norwegian Labour and Welfare. Jej pracownicy zauważyli, że na profilu kobieta chwaliła się partnerem - jak się później okazało, mieszkali razem.

Przypadek Kanadyjki i Norweżki dowodzi jednego - mało kto zwraca uwagę na to, co wrzuca do sieci. Tymczasem firmy coraz częściej właśnie w internecie szukają informacji o potencjalnych pracownikach. W Niemczech robi tak już jedna trzecia pracodawców.

Zdaniem Michała Serzyckiego, głównego inspektora ochrony danych osobowych, studentowi wydaje się zabawne, że zamieści w sieci zdjęcie, na którym pali skręta z marihuaną. Albo pije wino z butelki. Albo dwa wina naraz.

Ale?

- Za dwa, trzy lata ktoś przez takie zdjęcie może go nie przyjąć do pracy - ostrzega Serzycki. - Co z tego, że to sprzeczne z kodeksem pracy. Nikt przecież nie powie publicznie: "Nie został pan przyjęty przez zdjęcie z butelkami piwa".

O tym, że pracodawca może nie mieć poczucia humoru, na własnej skórze przekonał się pracownik Banku Spółdzielczego w Suszu. Na Naszej-klasie oprócz zdjęć z imprez zamieścił zdjęcie przy biurku w pracy. Ktoś się oburzył i wysłał list do banku. A bank pracownika zwolnił.

Sprzedawani

Adresy e-mailowe na czarnym rynku sprzedaje się na wagę - plik ważący 1 MB kosztuje od 1,7 dol. do 15 dol.

Za komplet danych o konkretnej osobie (imię, nazwisko, adres, numery SSN [amerykańskiego ubezpieczania] czy PESEL) płaci się od 70 centów do 20 dol. Za dostęp do danych e-mail (hasło, login, informacje o właścicielu) - od 1 dol. do 20 dol.

Z danych umieszczanych przez internautów w serwisach społecznościowych skwapliwie korzystają cyberprzestępcy. Na prywatne konto pocztowe jednego z menedżerów Twittera anonimowy haker włamał się, zgadując odpowiedź na tzw. pytanie pomocnicze.

Skąd je znał? Zwykle internauci jako pytanie pomocnicze wybierają "nazwisko panieńskie matki" lub "imię psa". - Cóż, w świecie, gdy każdy dzieli się na Twitterze każdym aspektem życia, imiona dzieci i zwierząt są publicznie dostępne i nawet najgłupszy haker może na nie trafić - skomentował Biz Stone, współzałożyciel Twittera.

Haker wykradł m.in. plany finansowe Twittera i plan telewizyjnego show opracowywany przez serwis we współpracy z amerykańską stacją.

Serwisy społecznościowe drenują też tajne służby kapitalizmu. Specjaliści od internetowego marketingu.

Na Facebooku można przyłączyć się do dowolnej grupy fanów: serialu „Dr House”, bigosu czy „Wkurwia mnie mówienie »dwutysięczny dziesiąty «" - założyciele tej ostatniej przekonują, że profesorowie Bralczyk i Miodek dołączyliby do niej, gdyby mieli konto na „Fejsie”. Jest tu nawet grupa: „My sister said if i get one million fans she will name her baby Megatron” (Moja siostra obiecała, że jeśli zgromadzę milion fanów na Facebooku nazwie swoje dziecko Megatron). Grupa ma 1,7 mln fanów. Megatron będzie chłopcem i według lekarzy urodzi się około 8 sierpnia.

Internauci rzadko jednak zdają sobie sprawę, że część z tych grup zakładają specjaliści od marketingu. Np. niewinnie wyglądająca strona "Wiosno, napierdalaj" (w sensie: "Oczekujemy cię z radością") ma na Facebooku ponad 35 tys. fanów, podobnie jak "Zimo, wypierdalaj" (to dla tych, którym zima dała się we znaki). Ale nie jest to grupa założona z inicjatywy dowcipnych internautów.

Co mogą z nimi zrobić marketerzy? - Wykorzystać ten "tłum baranów" - jak to określił jeden z naszych rozmówców - by rozkręcać inne strony dla fanów na Facebooku.

Np. polecić markę perfum. Albo serek. Gdyby nie mieli fanów na stronach o wiośnie i zimie, musieliby dotrzeć do nich w inny sposób. Np. wykupić reklamy na Facebooku. Z reklamą - wiadomo. Internauta jej nie ufa. Z definicji. Do polecenia na "Wiosno, napierdalaj" podejdzie mniej ostrożnie. Lub wręcz entuzjastycznie. W końcu to prawie kumpel. Agencja od "Wiosno, napierdalaj" i "Zimo, wypierdalaj" chwali się, że jej "strony dla fanów" docierają do ponad 100 tys. osób.

Epilog

Piszemy maila do ZFL. Że przepraszamy. Że może to ciężko teraz jej zrozumieć, ale działaliśmy w interesie społecznym. I że głupio nam, ale mamy kilka pytań.

Dlaczego założyła konto na Facebooku?

Czy się nie bała, że ktoś z jej znajomych złośliwie wykorzysta zdjęcia na których jest wstawiona?

I czy się nie boi, że ktoś jeszcze zyska dostęp do jej danych na Facebooku?

Ale ZFL nie chciała komentować sprawy.

Nasz fałszywy profil, który posłużył do podejrzenia ZFL, Facebook usunął dopiero po sześciu miesiącach.

Tyle czasu minęło, zanim jego administratorzy dowiedzieli się, że ktoś (czyli my) podszył się pod Rudą.

Text przedrukowany z http://wyborcza.pl/2...80,7967228.html
Autorzy: Piotr Miączyński; Tomasz Grynkiewicz

#2 nie(d)oceniona

nie(d)oceniona
  • Zarządca
  • 10527 postów

Napisano 04 czerwiec 2010 - 09:50

To ja jeszcze jedną ciekawostkę dołożę, z życia wziętą - kiedy to zdjęcia z naszej klasy posłużyły jakiejś tam kobiecie do podania nastolatki do sądu. Nastolatka prześladowała ją ... Wydzwaniała do jej domu w środku nocy, bladym świtem itd, nękała ją bla bla bla ... A ponieważ owa kobieta ma kilkumiesięczne dziecko, więc musiała z tym coś zrobić ... Tak więc zwróciła się do policji. Policja przekazała sprawę prokuraturze. Szybko okazało się, że jedyne czego chce kobieta to kasa. finał w sądzie. Oskarżenie po pół roku odrzucone z braku jakichkolwiek dowodów, poza zdjęciem z naszej klasy(przedstawionym przez kobietę), na którym rzekomo jest ta sama osoba, co na zdjęciu zrobionym przez ową kobietę osobie, która ją niby prześladowała. Nerwy w odpowiedniej ilości zjedzone. Pasowało by złożyć oskarżenie o pomówienie.
Morał? Pilnować zdjęć przed idiotami, którzy tylko czekają na to żeby powiedzieć, oo ... przecież ta dziewczyna była tak podobna, choć zupełnie inna i nie mająca najmniejszych cech wspólnych. od koloru włosów i ich ścięcia przez styl ubierania się na innej budowie ciała skończywszy ... Skąd to wiem? Bo tą nastolatką była moja siostra.

Podejrzewam, że samo wyłączenie dostępności zdjęć dla wszystkich można bardzo łatwo obejść (zresztą Tilka kiedyś na czacie pokazała, że można). Jeszcze przed tamtą historią zostawiłam w swoim profilu tylko główne zdjęcie. bez jakichkolwiek innych informacji ... zresztą i tak na nk ... bywam ... raz na jakiś czas. Nie wiem jak wygląda sprawa zdjęć na facebooku.

No i mój wniosek po tamtej historii - bardzo optymistyczny. Ludzie czują się bezpieczni na takich portalach i nie myślą o tym co robią, dopóki to im nie przytrafi się niespodzianka pt. ktoś wykorzystał czyjś profil ...
Mam dokładnie tak samo. Czuję się bezpieczna, pomimo, że mam profil i na naszej klasie i na facebooku, ale wiem że to co chcę chronić - chronię - nie publikując w internecie.

*Powyższy post wyraża jedynie opinię autora w dniu dzisiejszym. Autor zastrzega sobie prawo zmiany poglądów bez podawania przyczyny. 


#3 viola

viola
  • Użytkownik
  • 8330 postów

Napisano 04 czerwiec 2010 - 10:59

Tak się zastanawiam,nie(d)oceniona,że ludzie nie boją się wstawiać swoich całkiem prywatnych zdjęć np.do naszej klasy,podają swoje daty urodzeń,piszą gdzie pracują itp.rzeczy.Przecież są osoby,które w jakiś tam zły sposób mogą to wszystko wykorzystać.Przerażające.

#4 tigraa84

tigraa84
  • Użytkownik
  • 5129 postów

Napisano 04 czerwiec 2010 - 11:16

Przecież są osoby,które w jakiś tam zły sposób mogą to wszystko wykorzystać

Racja, są takie osoby, ale prawda jest taka, że tego typu portale dopiero niedawno zyskały taka popularność i większości osób tam zalogowanych nawet do głowy nie przyjdzie, że informacje czy zdjęcia, które wrzucają mogą zostać przez kogoś wykorzystane <bezradny></span>

Ja ostatnio dowiedziałam się jak "chroni" prywatność facebook a stało się to przypadkowo. Okazuje się, że kiedy się tam zarejestrowałam to automatycznie ściągnęło mi wszystkie adresy mailowe z jakimi korespondowałam i osoby, do których te adresy należały automatycznie pokazały mi się w propozycjach zaproszeń do kręgu znajomych. Często były to osoby obce dla mnie kompletnie, bo za pośrednictwem internetu załatwiałam z nimi po prostu różne sprawy i nagle okazuje się, że każda z nich może obejrzeć mój profil, zna adres mailowy. Anonimowość w sieci to kpina!

Na chwile obecną profil na facebooku mam zawieszony, zresztą i tak z niego nie korzystałam a na nk zostawiłam tylko 2 swoje zdjęcia, natomiast wszelkie informacje o sobie zablokowałam dla ludzi spoza znajomych. Nigdy też nie przyjmowałam zaproszeń z kont typu "laski" czy "wrocławianki", bo do szczęścia mi tego nie potrzeba a już podczas mojej rejestracji na tym portalu P. ostrzegał mnie przed ludźmi kradnącymi dane. Może dlatego czuję się w miarę bezpieczna a

to co chcę chronić - chronię - nie publikując w internecie


Mężczyzna bez kobiety jest jak pies bez pcheł- niby da się żyć, ale nudno
Kobieta bez mężczyzny jest jak pchła bez psa- żyć ciężko i gryźć nie ma kogo

#5 malgonka

malgonka
  • Użytkownik
  • 1551 postów

Napisano 04 czerwiec 2010 - 19:52

Ehhh no niestety ludzie są kompletnie bezmyślni a prawo nie nadąża z regulowaniem tych zagadnień. Kradzież tożsamości wydaje się zwykłym ludziom czymś rodem z filmu s-fi a niestety jest to coraz bardziej realne. Dokładnie o tym problemie pisałam pracę mgr i nie raz już przeraziłam się czytając tego typu artykuły, a co ciekawe jeśli usuniesz swoje konto z nk to twoje dane wciąż tam zostaną i to jest legalne bo zapisane w regulaminie nk na który każdy wyraził zgodę rejestrując się, chyba że po usunięciu konta napiszesz do administracji by łaskawie usunęli twoje dane z bazy danych.
Prywatność w sieci to fikcja trzeba naprawdę bardzo uważać na swoje poczynania na to co gdzie umieszczamy bo dane osobowe to dziś jeden z cenniejszych towarów dla przestępców.
"Dokąd brnie ten banał, ta proza życia? Po co to, czy tym właśnie chcesz oddychać? Zwolnij i przekonaj się o co tutaj chodzi. Może właśnie coś ucieka a życie za nos Cię wodzi?"

#6 Asiulek

Asiulek
  • Użytkownik
  • 408 postów

Napisano 05 czerwiec 2010 - 12:02

Dlatego tez galeria na nk jest zablokowana, numeru gg , telefonu, maila nie podaję, bo po co? Ci , których lubie i widuje na co dzien posiadają je wszystkie.

Nie rozumiem jak niektórzy ludzie potrafia byc bezmyślni, pokazując swoje domy, samochody, podając numery telefonu, albo ... pokazujac swoje zdjecia w bieliznie. No ludzie...

Wielu sądzi , ze w interncie są anonimowi, to nieprawda. Trzeba uwazac i myslec, zanim się cos zrobi.

#7 Wisienkowa

Wisienkowa

    HQ

  • Moderator
  • 4747 postów

Napisano 12 sierpień 2018 - 17:26

Nie rozumiem jak w ogóle ludzie mogą uważać, że są w necie anonimowi.  <bezradny>

W czasach gdzie handluje się danymi... 

Ale tak na marginesie to ja nie udostępniam w mediach społecznościowych rzeczy których nie chcę, każdy ma wybór.

Mam w znajomych osoby, które dawno przestałam obserwować, bo piszą o każdym swoim kichnięciu i tak się wynurzają, że jak czytałam to miałam wrzody na żołądku. Coś w stylu: "Moi drodzy. Moja żona mnie dziś zdradziła. Co ja jej zrobiłem. Przecież mamy dziecko i ono potrzebuje matki" a za dwa dni "Jednak jej wybaczyłem,bo miłość jest najważniejsza..." Normalnie reality show.  :lol:  :roll:


„Kto chciał mieć bajkę własną - wie, że ognie jednak łatwo gasną,

A potem zostaje zostaje żar, którego dogasić często nie ma jak…”


#8 halynka

halynka

    mamuśka

  • Użytkownik
  • 5649 postów

Napisano 01 wrzesień 2018 - 21:45

Każdy sam decyduje o tym "ile pokazuje"

201401111762.png

km5skrhmtofzztsl.png

 

 

 






Podobne tematy Collapse

  Temat Podsumowanie Ostatni post

Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości, 0 anonimowych