Nie ukrywam, że nasze pierwsze, oficjalne spotkanie było wyjatkowo wylewne - ale zwalam to na kark chwili (młodość w końcu rzadzi się swoimi prawami). Oczywiście, było jeszcze kilka spotkań. Trzeba przynac, ze był troskliwy, może nawet szarmancki. I mimo, że byly jakies tam pocalunki, rozmowy, to chyba wciaz trochę jestesmy tym zawsztydzeni i wciaz krepuję mnie ta jego inteligencja. Jego przyjaciele twierdzą, ze obydwoje jestesmy siebie warci i że czesto o mnie rozmawiają. Niby wszystko ok, ale... nie wiem na czym stoję. Nie oczekuję jakiś deklaracji, bo to trudne po tak krotkim okresie znajomości, ale on raz mnie zachęca, a chwilę później daje po łapach... Tak jakby jednak chlopakowi nie zależalo.
Prawdę mówiąc, to przeraził mnie tym zaproszeniem do siebie... Niby nic, ale jakoś nie mogę się oprzeć wrażeniu, że na rozmowach się nie skończy. No i teraz pytanie - iść czy nie iść... Nie pójdę, to wyjdę na wystraszoną dziewczynke, pójdę - pomyśli, że sama się nasuwam po kilku spotkaniach... A na seks nie mam jeszcze ochoty, chociaż sama czasem łapię się na tym, że to nic zdrozenego - jestem w końcu dosrosła. Ale to za szybko chyba.
Niby trochę już żyję, ale wyjątkowo mi na chłopaku zależy - wcześniejsi jakoś mnie irytowali. Nie chce tego zmarnować. Jak to z Wami było - pojawialy sie na poczatku wątpliowści? Szuakłyście jakiś teorii spiskowych? Koleś właściwnie do niczego mnie nie zmusi - zresztą miał kilka dobrych okazji, jeśli chce mnie tylko zaciągnać do łóżka. Sama juz nie wiem, czy nie zagrać z nim w otwarte karty i tyle. Ze tez nie wiem, co tym facetom w glowach siedzi.






















