Chorzewski poinformował, że samolot lądował praktycznie z pustymi bakami. Wcześniej maszyna zrzuciła nadmiar paliwa.
- W związku z tym ryzyko zapalenia się samolotu było niewielkie. Iskry, które było widać w telewizji przy lądowaniu, to normalne tarcie metalu o asfalt. Na pasie była położona "poduszka" ze specjalnej substancji gaśniczej (...); samolot po wylądowaniu, zatrzymaniu został standardowo również polany substancjami gaśniczymi - opowiadał.
Widać było, jak maszyna obniża się stopniowo i przy dużo mniejszej niż zazwyczaj prędkości dotknął polanego pianą pasa. Pojawił się dym, aż w końcu maszyna spokojnie się zatrzymała. Potem nastąpiła błyskawiczna akcja gaśnicza.
Jak podkreślił rzecznik, "cała procedura lądowania przebiegła absolutnie, w 100 proc. prawidłowo". - Mimo że wyglądało to dramatycznie, nikomu z pasażerów nic się nie stało - powiedział.
Boeingiem 767 Polskich Linii Lotniczych leciało 230 osób. Maszyna ponad godzinę kołowała nad Warszawą. Na lotnisku na Okęciu zostały wstrzymane odloty i przyloty. Samoloty skierowano na inne lotniska.
Na miejscu czekały służby ratunkowe i policja. Na pasie do lądowania wylano specjalna pianę, aby maszyna nie zapaliła się. Zamknięto ulice niedaleko Okęcia, w tym Aleja Krakowska do ulicy 17 stycznia do Szyszkowej.
Na ratunek boeingowi poleciały dwa śmigłowce, których piloci mieli sprawdzić z zewnątrz, jak wygląda podwozie. Zdaniem rzecznika lotniska maszyna miała problem z wysunięciem klap na podwoziu i przygotowuje się do lądowania w trybie awaryjnym. Samolot lądował "na brzuchu" od strony Ursusa.
Po ponad godzinie kołowania maszyna wylądowała. Zdaniem świadków widać było dym, jak i również ogień pod silnikami. Całe lądowanie zdaniem świadków przebiegało bardzo "gładko". Pasażerowie opuszczają już samolot za pomocą nadmuchanych rękawów. Na szczęście wszyscy pasażerowie są cali.
Źródło: www.fakt.pl
To było szczęście w nieszczęściu, że nie skończyło się to tragicznie. Piloci spisali się na medal.

















