W moim życiu własne zdanie na temat kościoła pojawił się zaledwie kilka lat temu. Jak byłam mała, mama prowadziła mnie do Kościoła co tydzień w niedzielę, wszystkie sakramenty przyjęłam. Pierwszy bunt rozpoczął się jakoś w ostatnich latach podstawówki. Mama jeździła na podyplomowe studia co 2 tygodnie w niedzielę, więc mogłam nie iść do kościoła i nikt na mnie nie narzekał. Później doszedł do tego kolejny bunt - na przełomie 3 lat straciłam obie babcie i dziadka, w niedługo potem kolejnego dziadka... Byłam zła, denerwowało mnie to, co mówili księża na pogrzebie, że "powinniśmy się cieszyć, bo Bóg tak widocznie chciał" - jak się cieszyć, gdy odchodzą najbliżsi??? Później było już coraz gorzej.
Światło dzienne ujrzały bulwersujące historie o molestowanych przez księży ministrantach, były proboszcz naszej parafii został przeniesiony bo pieniądze zbierane na mszach przegrał w kartach, inny ksiądz robił mamie wielką łaskę i problemy, gdy próbowała zamówić mszę dla dzieci ze szkoły ( bo mama jest dyrektorką) po śmierci NASZEGO papieża.
Te wszystkie sytuacje zraziły mnie całkowicie do instytucji kościoła. już od kilku lat nie chodzę do Kościoła, gdy pójdę raz na jakiś czas ( tak, żeby mamie było miło - bo jej to przeszkadza, że nie chodzę) to zaraz się tylko wkurzam, bo stwierdzam, że księża nie mają pojęcia o czym mówią ( dzieci, rodzina).
Do tego dochodzi obecna sytuacja w Polsce, która w moich oczach staje się państwem kościelnym...
Nie wspominając już o "szanownym" Rydzyku, który jest bardziej politykiem niż księdzem i o partii rządzącej, która wykorzystuje kontakty z Radiem Maryja do celów czysto politycznych
Mimo to, uważam się za osobę wierzącą, chociaż wiele rzeczy głoszonych przez Kościół jest dla mnie niepojętych... Ale instytucji kościoła i większości księżom ( nie chcę uogólniać bo zdarzają się i tacy, którzy są naprawdę oddani temu, czemu przysięgali) mówię NIE.
Sorki za taki wywód, ale tego się nie da napisać w 3 słowach




















